Solilokwium
13 wrzesień 1940, Vichy, Francja.Zapisane w pamiętniku, pismem odręcznym, w brulionie, w beżowej okładce: 'Deszcz leje cały dzień, chłodno, zacząłem pisać 'Solilokwium’.
* * *
Nie wiem, czy mam prawo to pisać. Słowo pisane jest profanacją uczuć, które, jeśli są głębokie, muszą być proste. A słowo pisane, to jest styl. Styl to jest strój. Czy wolno ubierać się w barwny strój, aby iść do kogoś wielkiego z prawdziwym hołdem? Czy wolno ubierać się w barwny strój, aby iść do kogoś bliskiego z prośbą? Nakładając strój myśli się o własnym wyglądzie. Ale przecież strój może znaczyć także prawdziwą chęć okazania czci, prawdziwą chęć okazania miłości, niezdarną bodaj, ale prawdziwą. Ile w myślach moich ubranych w strój słów jest chęci uczczenia Ciebie, a ile małego, ludzkiego zamiłowania do swojej osoby, ja sam rozpoznać do dna nie potrafię. Rozpoznajesz to lepiej ode mnie Sędzio i Ojcze.
Piszę, bo pisanie jest moim tworzeniem, bo pisanie jest moją pracą, bo pisanie jest moim układaniem myśli. Piszę, bo chcę być bliżej Ciebie, bo ciepły i lepki prąd rzeczy przyziemnych ciągnie mnie w dół, bo pisząc podnoszę się ku Tobie.
Piszę nie tylko dla siebie. Wiem, że każdy z nas musi sam dojść do Ciebie, każdy musi znaleźć tę jedyną ścieżkę, która jego i tylko jego prowadzi do Ciebie. Ścieżki, które ukazują nam inni, ich własne, ich inne ścieżki, muszą mu się wydać albo nieprawdziwe, albo niemądre. W tym wszystkim, co inni mówią o swoim życiu wewnętrznym, rzadko, bardzo rzadko kiedy, dostrzegamy odblask światła, które i nas rozgrzewa i nam oświetla drogę. Ale jeśli spośród wszystkich, którzy te słowa przeczytają i jednemu tylko odblask jednej tylko myśli oświetli drobny odcinek jego samotnej drogi, spełnią te myśli swoje zadanie, nie będą zmarnowane bez reszty, usprawiedliwią błazeński strój (a który strój nie jest błazeński) słów, tandetnych słów, bezczelnie wywleczonych na oślepiające światło Twojego dnia.
– I –
Chwała Ci, że jesteś. Chwała Ci, że jesteś niezrozumiały a najprawdziwszy, niewidzialny a najbliższy, najbardziej przerażający a najlepiej miłujący, jedyny pełny – Ty, który jesteś przyczyną pierwszą, skutkiem ostatnim, mocą wszechobecną. Sam fakt, że istniejesz, okupuje wszystkie cierpienia życia. Gdyby Ciebie nie było, życie byłoby gorsze od śmierci, a śmierć jeszcze gorsza od życia. Kto nie zna Ciebie cierpi beznadziejnie tęskniąc do końca cierpienia, a kiedy nadchodzi koniec wszystkich cierpień, tęskni beznadziejnie i rozpaczliwie za wszystkimi przebytymi cierpieniami. A przecież i ten, który Ciebie nie zna, odczuwa nieświadomie Twoje istnienie. Cóż by było, gdybyś nie istniał wcale?
Kiedy badamy dostępny nam świat, kiedy wykrywamy to samo prawo rządzące światem atomu i atomami światów kosmicznych, wykrywamy zaledwie mały ułamek jednej Twojej myśli. Kiedy otaczamy uczuciem naszym najgłębszym najbardziej ukochane osoby, najbardziej ukochane swoje widoki i dzieła, czujemy się podniesieni tym uczuciem, przenosimy je na wszystkich i wszystko, to odczuwamy zaledwie słaby odblask jednego z Twoich uczuć, uczuć względem stworzenia. Kiedy łamiemy własną słabość, kiedy obalamy najcięższe przeszkody, kiedy tworzymy nowe rzeczy, kiedy wkładamy całego siebie w przerobienie otaczającej nas rzeczywistości, w rozbudzenie nowych myśli, nowych uczuć w innych, wtedy żyjemy ledwie dostrzegalnym śladem jednej Twojej woli, woli Stworzyciela, Odkupiciela, Pocieszyciela.
Że w ogóle jesteś, że w ogóle istniejesz, że wolno nam to wiedzieć, czuć i pragnąć – Stworzycielu – Ojcze, Odkupicielu-Synu, Pocieszycielu-Duchu – chwała Ci.
– II –
Kto ma Ci chwałę głosić i dziękczynić? Ja? Cóż to jest ja? Nie wiem dobrze, czy(m) jestem, to tylko jedno wiem, że jestem. Jestem ciałem. Składam się z niezliczonej ilości światów atomowych, które zmieniają się w czasie, które sprawiają, że choć wciąż jestem ciałem, jestem zupełnie innym ciałem niż byłem kiedyś. A jednak jestem ten sam i ciało, choć inne, zachowało nawet upodobania te same, które miało niegdyś. Więc jestem nie tylko ciałem. Jestem także myślą, uczuciem, wolą. Mogę nagiąć moją myśl i kierować nią. Mogę wzbudzić moją wolę. Mogę pohamować swoje uczucia i sądzę je. Sądzę nie tylko swoje uczucia, swoją wolę, sadzę także swoje myśli. Nie sądzę swoich myśli z punktu widzenia uczucia ani woli. Nie sądzę ich także z punktu widzenia innych myśli. Wiem, że myślę, nieomal widzę, jak myślę. Jestem, wiem o tym na pewno, nie tylko myślą, wolą, uczuciem, ale czymś jeszcze więcej, czymś co jest siebie świadome, co stara się posługiwać myślą, wolą i uczuciem, a przez nie posługiwać się ciałem.
Ale, jakżeż ciężko jest posługiwać się nimi. W tej chwili posługuję się swoją myślą, aby zbliżyć się ku Tobie, swoją wolą i uczuciem. Ale przed chwilą robiłem rzeczy, które mnie od Ciebie oddalały, które oceniam krytycznie, które budzą we mnie niezadowolenie i niesmak. Za chwilę będę je robił znów, prędzej czy później. Ja, który nie tylko nie stworzyłem nic, ale który nie umiem posłużyć się tym, coś Ty dla mnie stworzył, nie umiem być nawet Twoim prawdziwym stworzeniem, obniżam siebie, obniżam Twoje stworzenie w sobie, postępuję jakbym chciał obniżyć Ciebie przez siebie, tak – obrazić Ciebie, ja który nie jestem nawet członkiem cząstki Twojej myśli, mam mówić do Ciebie, prosić, prosić Cię, myśleć o Tobie? Kiedy nie mogę nawet skupić myśli wyłącznie na Tobie, nie mogę nawet na chwilę zapomnieć o tym co złe, co brudne, co obrzydliwe i śmieszne, a co tkwi we mnie i odzywa się wciąż, czy zdaję sobie z tego sprawę, czy nie. Nie, wydaje się rzeczą niemożliwą, żebyś chciał słyszeć mnie, zwrócić na mnie uwagę, wyciągnąć mnie z żelaznych trybów praw rządzących światem, z nierozerwalnej sieci utkanej przez nieznane mi czyny i myśli ludzi zmarłych przed wiekami, ludzi żyjących tysiące kilometrów ode mnie, ludzi, którzy przyjdą kiedyś w przyszłości. I wielu, bardzo wielu ludzi, którzy nawet wierzą w Twoje istnienie, nie wierzy w to, żebyś chciał mieszać się do życia któregokolwiek z trzech miliardów ludzi z żyjącego na ziemi pokolenia. Bo oni wierzą w mądrość Twoją, a nie wierzą w miłość Twoją.
Stworzyłeś mnie, dałeś mi myśl, wolę, uczucie, dałeś mi ciało. Mogłeś mnie zostawić samego wobec żelaznych trybów świata. Mogłeś patrzeć obojętnie, jak przez własną słabość, brud, głupotę kładę w te tryby rękę. Nie uczyniłeś tego. Zszedłeś tu. Wszedłeś w ułamkowe życie swego stworzenia, aby pokazać mu drogę, którą ma iść w sposób dla niego dostępny, bo Ciebie bez tego zrozumieć nie był w stanie. Ludzką myślą, ludzką wolą, ludzkim uczuciem pokazałeś, jak trzeba i można żyć; jak trzeba cierpieć, jak można umierać i zwyciężać śmierć ciała. Pokazałeś, że choć człowiek nie może wiedzieć, dlaczego jest cierpienie i walka, ale to cierpienie jest konieczne, skoro Ty sam poddałeś się najstraszliwszym moralnym i fizycznym cierpieniom, jakie może człowiek przejść. Zrobiłeś to dla mnie, a ja każdym czynem przynoszącym ujmę zasadzie boskości w świecie, każdym czynem obniżającym Twoje dzieło stworzenia we mnie, zaprzeczam Twemu odkupieniu, tak – krzyżuję Cię.
A potem przychodzę ja – nieskończona małość do nieskończonej wielkości, ja karli kat do dobrowolnej ofiary olbrzyma i proszę Go o miłość o łaskę, o pomoc. Wstydzę się myśleć o Tobie, wstydzę się więcej mej niewdzięczności i bezczelności wobec Odkupiciela niż małości wobec Stworzyciela. Śmielej bym mówił do nieubłaganego sędziego, niż miłującego Ojca, któremu zadaję cierpienie.
A jednak będę mówił Ojcze, bo stworzyłeś mnie z miłości, miłujesz inaczej każdego z ludzi, miłujesz mnie jako mnie, ofiarowałeś za mnie swoją mękę, przez nią odrabiasz moje złe uczynki i czynisz mnie raz jeszcze Twoim beznadziejnym dłużnikiem. I tylko wtedy głos mój do Ciebie nie dojdzie, jeśli nie będzie głosem naprawdę szczerym, głosem mnie całego, mojej prawdziwej myśli, prawdziwej woli, prawdziwego uczucia. Z miłości Twojej zrobiłeś mnie samego sędzią moim – jeśli Ciebie zechcę oszukać, oszukam siebie.
I w tej chwili, kiedy widząc małość moją, czuję, że mogę się zagubić nie w ogromie światów, ale we własnym wnętrzu, wołam: Nie patrz na moją niegodność, bądź lepszy dla mnie niż ja sam jestem dla siebie, zmiłuj się, wysłuchaj mnie! Wysłuchaj mnie lepiej, niżbym sam siebie wysłuchał.
– III –
Dlaczego w świecie moim nie jesteś tylko Ty, tylko Ty i brak Ciebie, tylko Ty i niedoskonałość? Dlaczego zwracając się do Ciebie nie idę od pustki do prawdziwego życia, dlaczego wprzód muszę odwrócić się od innych myśli i czynów, odciąć wolę od innych spraw, wyrzec się innego życia wewnętrznego, ku któremu także ciągnie mnie moja natura? Dlaczego istnieje zło nie jako brak, ale jako siła, dlaczego istnieje zło pozytywne, dlaczego – tak – istnieje szatan? Nie mogę tego dojść i wiem, że nie dojdę tego. Ale wiem, że on jest, czuję go koło siebie a zarazem w sobie i nie mogę, jak starożytni Grecy, nie wiedzieć o jego istnieniu. Szukam w sobie jego śladów, staram się rozwikłać zawiłe i kręte ścieżki, którymi chodzi po mnie i po innych. Rozróżniam jego krok i znam pieczarę, z której się wyłania. Nie przychodzi do mnie, kiedy nie mam myśleć o Tobie, kiedy z wysiłkiem grzebię się w sprawach powszednich, kiedy umysł mój wciągnięty jest bez reszty w wir spraw zewnętrznych albo kiedy spoczywa bez ruchu przygnieciony ciężarem ciała. Nie przychodzi, kiedy moja wola cała skupiona jest na osiągnięcie jakiejś rzeczy konkretnej. Przychodzi niepostrzeżenie wtedy, kiedy wie, że powinienem zwrócić się ku Tobie. I nie ma dla niego wtedy chwili świętej i miejsca świętego, przeważnie lubi miejsca święte i chwile święte. I w pierwszej chwili nigdy nie wiem, że to jest jego myśl. Odsłania maskę, kiedy już wie, że idę za nim. Jest cierpliwy, jest czarujący. Chwali mnie i wywyższa, po to, żeby się śmiać ze mnie po chwili potwornie. Mną mnie opanowuje i mną poniża mnie i wydrwiwa. I nie można o nim zapomnieć, uwolnić się od niego inaczej, jak całą siłą, całym uległym zwrotem idąc ku Tobie. Nie wiadomo nigdy, skąd wychodzi, a przecież znam miejsce, w pobliżu którego znajdują się zawsze jego ślady. Tym miejscem jest radość z podłości człowieka. Radość w nim, szczęście w nim, to jest radość, której doznaję na wpół świadomie a gdzieś bardzo głęboko, gdy w człowieku napotykam bydlę. Nie zawsze wiem, że to jest radość, a długo nie wiedziałem tego wcale. Myślałem, że to gniew czy troska. A to było zadowolenie. Zadowolenie, gdy się widzi, że człowiek obniża się do poziomu zwierzęcia. Zadowolenie, gdy bydlęca trwoga cierpienia fizycznego i śmierci fizycznej upadla człowieka i pcha do czynów najniższych. Zadowolenie, gdy się widzi słabość ludzką, gdy się czuje panowanie nad innym, strach innego przed sobą. Zadowolenie z upodlenia człowieka, ze skurczeniem jego duszy, z rezygnacji z jego prawdziwej woli. I wreszcie najgłębsze a najrzadsze ze złych zadowoleń, ledwie dostrzegalne zadowolenie z własnego obniżenia, z własnej słabości, z własnych niskich myśli i czynów, z własnego wewnętrznego bydlactwa. To jest prawdziwa radość w tej sile, w tym bycie w tej zasadzie, którą nazwano szatanem, diabłem, czartem, złym duchem.
Odsłaniam przed sobą, nie przed Tobą, bo Ty ją znasz, najciemniejsze dno mojej psychiki, czarną czeluść, gdzie osad nieznanych brudów pokrywa głębię a może tylko płyciznę? Nie wolno mi prosić Panie, żebyś go zabrał ode mnie, bo dopóki żyję, to nie jest możliwe. Ale zmiłuj się nade mną i teraz przez tę chwilę, kiedy o Tobie i tylko o Tobie chcę myśleć pozwól, niech odejdzie ode mnie to wszystko, co tą myślą przyzwałem, niech nazwanie niebezpieczeństwa będzie jego oddaleniem. Niech myśli spod jego natchnienia, choćby najsłabsze, nie mieszają się do myśli, które od Ciebie pochodzą i przeze mnie do Ciebie mają powrócić. A jeśli domiesza się jakakolwiek z nich, odtrąć ją, ale nie odtrącaj całości moich myśli, oczyść je a nie odtrącaj z obrzydzeniem.
Wiesz Ojcze, jak mi to trudno wyrazić, więc mówię tylko: Zmiłuj się nade mną!
– IV –
Nie byłbym szczery, gdybym ubierając w słowa myśli idące do Ciebie, zaczynał od składania Ci dzięków za wszystko, od wielbienia Twojej mocy i dobroci, od roztrząsania swojego wnętrza, od myśli o swoim zbawieniu. Gdybym tak zrobił, zawsze by pod tymi myślami, poprzez nie prześwitywała niewypowiedziana jeszcze troska, życzenie wewnętrzne i najgłębsze obawy. Wiem, że Ciebie trzeba miłować ponad a wszystko. Powiedziane jest, że dla Ciebie trzeba porzucić wszystko. Ale przecież nie powiedziane jest, że dla miłości Twojej trzeba wyprzeć się miłości do wszystkiego. Nie. Na pewno nie. Trzeba tylko wszystko miłować dla Ciebie, przez Ciebie, w Tobie. To jest trudniejsze niż miłować nic.
Miłości moje, które chcę, żeby były w Tobie, polecam opiece Twojej, źródło jedyne prawdziwej miłości.
Czuję to jak jedno uczucie i jak wiele uczuć różnych naraz. Kiedy wargi ukochanej kobiety drżą radością na widok powracającego do życia, to drżenie jest w Tobie, jest Twoje. Kiedy dziecko paromiesięczne pierwszy raz pozna i wzrokiem rozumnym okazuje, że poznaje ojca, to poznanie jest w Tobie, jest Twoje. Kiedy stroskane oczy matki z bólem patrzą na cierpienia dziecka, ten ból jest w Tobie, jest Twój. Kiedy ojciec z radością poznaje w synu swoje myśli i cieszy się, że syn lepiej i prościej idzie tam, dokąd on dążył, ta radość jest w Tobie, jest Twoja.
Twojej i tylko Twojej opiece mogę polecić tych, którym dałem życie. Polecam ich Tobie, choć nie wymawiam ich imion, choć nie przywołuję ich kształtów w wyobraźni, bo znam ich lepiej, czuję ich bardziej, wiem o nich więcej niż mówi mi kształt i imię, moja świadomość zna ich świadomości ponad kształtem, ponad nazwą. Idę naprzeciw życia ubrany w skafander rozsądku, w maskę humoru, w rękawice obojętnej życzliwości. Są jednak tacy ludzie wśród spotkanych na drodze tej wędrówki, wobec których zdejmuję hełm, maskę i rękawice, rozpinam skafander. Są ludzie, których bardziej cenię niż innych, bardziej lubię, tak kocham. Kocham niezależnie od tego co robią, jakie mają zamierzenia, czy obcowanie z nimi sprawia mi przyjemność. Których wady i śmieszności znam, ale których rodzaj świadomości wyczuwam. O których wiem, że w każdej okoliczności podadzą mi rękę bez rękawicy, na których ramionach można położyć głowę bez hełmu, w których oczach wyczyta się uczciwą ocenę swego postępowania nie przez okulary. Nic im nie mogę pomóc, niczym ich wesprzeć naprawdę, tylko Tobie mogę ich polecić. Tylko przez Ciebie mogę im pomóc naprawdę, tylko Ty wiesz, czego im potrzeba. Oświeć nas błąkających [się] w ciemnościach własnego rozumu, rozgrzej marznących w chłodzie własnych uczuć. Miłości najwyższa podnoś ku sobie miłości moje. Miłości najwyższa, pozwól mi żyć miłościami mojemi, daj mi tę łaskę najwyższą, aby wśród cierpień, które mają mnie wieść do zbawienia nie było utraty tych, których kocham najbardziej, a którym porządek świata nie każe odejść przede mną. Oto przedstawiłem słabość moją i miłość moją, strach i nadzieję. Wysłuchaj mnie, Ty, który się nie śmiejesz ze słabości ludzkich.
– V –
Wiem, że kiedyś odejdę z tego świata, że stanie się ze mną coś niewytłumaczalnego i nieodwołalnego, coś niewyobrażalnego. Wiem to, ale nie mogę w to uwierzyć. Boję się, ale nie wierzę, choć wiem. A przecież odeszli ci, z którymi wczoraj niemal śmiałem się wesoło, którzy tak samo jak ja wiedzieli, ale nie mogli uwierzyć. Nie umiem sobie wyobrazić, co się z nimi stało. Wyszli poza czas, poza przestrzeń, poza następstwo przyczyn i skutków. Ciało zmarłego ma w sobie coś przerażającego. Jest jak lalka, martwa kukła zrobiona z kogoś. Ciało martwego zwierzęcia nie straszy nas. Gdzie są ci, z których zrobiono zwłoki? Gdziekolwiek, a raczej może, jakkolwiek są i czegokolwiek z naszej myśli, uczuć, woli potrzebują, niech biorą ode mnie. Niech im się liczy, że we mnie zostali jako wspomnienie uśmiechu, żalu, przyjaźni, okazanej pomocy, wspólnoty psychicznej. Nie wiem, gdzie są, ale wierzę, że moja myśl o nich może im się przydać, jak może mnie przyda się kiedyś pozostałych w tym życiu o mnie. Jeśli chcesz być bardziej miłosierny jeszcze niż jesteś, bądź nim dla nich.
Jedni z nich, towarzysze walk i zabaw, oddali życie po to, żebym ja mógł żyć lepiej – polegli, żebym ja mógł życie duchowe kształtować wedle typu najbliższego sobie, żebym ja (i miliony moich) mógł rozwijać tę szczególną drogę do Boga, jaką jest życie duchowe w granicach cywilizacji swojego narodu. Polegli dla pełności i wszechstronności rozwoju życia duchowego ludzkości, dla głębokiego szczęścia milionów, dla mojego szczęścia także. Jestem ich dłużnikiem aż do śmierci – proszę za nimi jako dłużnik. Inni dali mi wszystkie dane do życia. Im zawdzięczam, że żyję, a więc, że wiem o Tobie, że mogę kształtować siebie, starać się podnosić innych. Im zawdzięczam ciało, mózg, system nerwowy, wrodzone zdolności i skłonności. Znam ich zaledwie cząstkę małą. Widziałem ich, przodków moich, kilku tylko; z opowiadań, z imion znam kilkunastu, – setki, tysiące, dziesiątki i setki tysięcy są mi zupełnie niewiadomi i nie dowiem się nigdy, jaką cechę któremu zawdzięczam, jak wpłynął który na moje losy. Ale jeśli Ciebie chwalę, chwalę od nich otrzymanymi narzędziami, przez nich przekazanymi pojęciami i słowami. Nie licz im żadnego ze złych moich uczynków, licz im każdy dobry.
Nie wszystko, o nie wszystko, zawdzięczam tym, których krew w moich żyłach płynie. Więcej może zawdzięczam tym, których wyrażenia są w moich ustach, których pojęcia są w moim umyśle, dzieła i czyny w mojej wyobraźni. Proszę za dusze Platona i Arystotelesa, Augustyna i Tomasza, Praksytelesa i Rafaela, Matejki i Sienkiewicza, Kochanowskiego i Słowackiego, Pascala i Skargi, Traugutta i Dmowskiego, Chopina i nieznanych autorów hymnów religijnych, za dusze tych wszystkich, którzy kształtowali moje pojęcia, mój język, wiadomości, ideały etyczne i estetyczne, a także za dusze wszystkich moich zmarłych nauczycieli, kolegów, przyjaciół przewodników, tych z którymi razem ustalaliśmy nowe znaczenie pojęć, lub odkrywaliśmy stare, wreszcie za dusze wszystkich, którzy mi udzielali rad, wszystkich duchownych, którzy mnie spowiadali.
Są tacy, którzy odeszli i o których wszyscy zapomnieli. Może myśl czyjaś prosząca być im potrzebna. Przyjmij i ją, Ty, który wszystko pamiętasz.
Virtual Vendée’s Editorial Note
Tekst cytujemy za 'Dwumiesięcznikiem Arcana’ nr 15 (3/1997).
W okresie przed II wojną światową autor był jednym z twórców polskiego ruchu narodowo-radykalnego.
