Rick Agon
Konserwatyzm wobec europejskich rozliczeń z przeszłością (część 3)
Najczęściej samozwańczy spowiednicy rozgrzeszają komunizm, nie dlatego, że szczerze wyznał grzechy, za nie żałuje i obiecuje poprawę, lecz ponieważ zwalczał inne totalitaryzmy. Adam Michnik w swoim manifeście programowym 'Mantra zamiast rozmowy’ przedstawił modelowy przykład takiego rozumowania. Pisał – 'otwarte pozostaje pytanie, dlaczego dla Haidera jest mniej tolerancji niż dla komunistów niż postkomunistów. Przecież Hitler i Stalin byli zbrodniarzami, a ich zbrodnie są w pełni porównywalne. Wszelako na dwa elementy trzeba zwrócić tu uwagę. U źródeł Unii Europejskiej jest pewien mit założycielski, ten mit to antyfaszyzm. To z klęski Hitlera zrodziła się myśl o europejskiej integracji. I nic nie zdoła przekreślić faktu, że zachodnie partie komunistyczne były w tym czasie składnikiem antyhitlerowskiej koalicji’ (’Gazeta Wyborcza’, 1-2.IV.2000).
Powyższy cytatu to prawie dosłowne przytoczenie fragmentu artykułu prof. Wojciecha Kunickiego 'Zwycięstwo konserwatyzmu w Internecie’ z 'Arcanów’ nr 1/2000. Zdaje się, że Michnik rzucił tylko kątem oka na jeden akapit, bo w innym wypadku wiedziałby, że Kunicki – kilka tygodni przed jego 'Mantrą zamiast rozmowy’ – wytłumaczył z jakiej przyczyny podobne rozumowanie jest absurdalne. Tezy naczelnego 'Wyborczej’ to klasyczny przykład triumfu myślenia ideologicznego nad zdrowym rozsądkiem. Zresztą czy Michnik byłby skłonny wyciągnąć ze swojej tezy dalsze konsekwencje? Czy podpisze się pod twierdzeniem, że gdyby Hitler i Zachód w 1945 r. wspólnie uderzyli na Sowietów, to grzechy nazizmu zostałyby odpuszczone dzięki zwalczaniu komunizmu? Czy wtedy III Rzesza, mając antykomunizm za mit założycielski, stałaby się odpowiednikiem Unii Europejskiej? Czy Michnik zgodziłby się z tezą, że skutecznie zwalczając komunizm gen. Franco i gen. Pinochet zostali rozgrzeszeni? Mówiąc inaczej: czemu wolno usprawiedliwiać komunizm tym, że walczył z nazizmem, a nie wolno usprawiedliwiać nazizmu tym, że walczył z komunizmem?
Czasami sytuacja staje się wręcz tragikomiczna. Klasycznym przykładem była podróżująca po Niemczech wystawa fotografii 'Zbrodnie Wehrmachtu 1941-44′, która miała udowodnić, że winni nazistowskiemu terrorowi są nie tylko pojedynczy członkowie SS, ale i walczący w armii przeciętni obywatele. Kłopot w tym, że autor wystawy Jan Heer (były członek Komunistycznej Partii Niemiec) dopuścił się fałszerstwa. Niektóre zdjęcia przedstawiają zbrodnie… NKWD! Przy pomocy retuszowania fotografii oraz nieprawdziwych podpisów przypisano je Niemcom. Heera oczywiście nikt za to ze środowiska intelektualistów nie usunie. Rozgrzeszył się, bowiem ostrze jego fałszerstwa było wymierzone w Wehrmacht. A w miłości i walce z faszyzmem wszystkie chwyty są dozwolone; w 'Roku 1984′ nazywało się to poetycko 'dwójmyśleniem’ i 'regulacją faktów’. Zgodnie z orwellowską dyrektywą fakty więc zostały 'wyregulowane’, a zadaniem dla odbiorcy jest 'świadomie wprowadzać się w stan nieświadomości’, że taka regulacja miała miejsce. Na 'faszystę’ czy 'antysemitę’ desygnuje się tego kto odmawia wykonania tego polecenia. Oczywiście niezależnie od tego istnieją jeszcze zupełnie prawdziwi faszyści czy antysemici, których nikt na takowych nie desygnował, ale po prostu odpowiadają treści tych nazw. Dla całej sprawy ma to znaczenie poślednie, w ogóle tylko o tyle, że ułatwia to utrzymanie stanu społecznej histerii – gdyby więc ci prawdziwi nie istnieli należałoby ich sztucznie reanimować niczym Bractwo fabrykowane przez Partię Wewnętrzną w 'Roku 1984′. Sądzę, że w praktyce często ma miejsce, bo koniec końców 'wojna to pokój’,
Sytuacja jest zresztą o tyle ułatwiona, że jeśli nie umie się przeciwnikowi (’faszyście’ czy 'antysemicie’) dorównać fechtunkiem na argumenty merytoryczne można go zmiażdżyć przy pomocy Auschwitz-Keule, moralnej maczugi Auschwitz. Ernest Juenger zauważał: 'w miejscach zagłady działał motłoch lemurów, który w ciemnościach uprawia swoje straszliwe sztuczki. I przeżyliśmy obudzenie innych lemurów, które przybyły w miejsca hańby, aby wykopać zakopane zwłoki, wystawić rozłożone ciała, zmierzyć, policzyć i sfotografować, co miało być pomocne dla ich celów. Odgrywają rolę oskarżycieli, aby z tego wywieść dla siebie prawo nikczemnej zemsty, które następnie zaspokajają na takich samych orgiach’. To bardzo konserwatywne ujęcie problemu.
Holocaust był niewysłowioną tragedią – proszę zechcieć wybaczyć, że zwulgaryzuję ją do matematycznych wyliczeń – tragedią której liczba ofiar śmiertelnych jest równa 1/3 liczby ofiar śmiertelnych pandemii grypy hiszpanki w 1918 r. I tak jak grypa hiszpanka nie stanowi punktu zwrotnego w dziejach, ani nie służy do podważania metafizycznego ładu, tak i po trzykroć bardziej nie może się do tego nadawać Holocaust.
Owo różnicowanie ciężaru gatunkowego totalitaryzmów, tak charakterystyczne dla opartych na etosie walki z 'faszyzmem’ socjaldemokracji i demoliberalizmu, jest jeszcze o tyle zaskakujące, że nazizm i komunizm przez pewien czas skłaniały sie ku sojuszowi. Mussolini zapewniał, że stalinizm to 'rodzaj słowiańskiego faszyzmu’. Ribbentrop pamiętny dzień podpisania w Moskwie traktatu z Mołotowem uczcił słowami 'czułem się jak wśród starych towarzyszy partyjnych’ (swoją drogą ciekawe, że w NSDAP używało się dobrze nam znanej formuły 'towarzysz’). O tej osmozie totalitaryzmów, by użyć określenia Jarosława Tomasiewicza, zajmująco pisał Karol Stern, Żyd, przebywający w latach 30-tych w Niemczech, a którego wspomnienia 'Słup Ognia’ wydała w 1999 r. 'Fronda’. Pewnego razu zauważył on nazistów zachwycających się doktryną permanentnej rewolucji:
– 'Panowie, jak rozumiem, duża część wasze strategii politycznej została zaczerpnięta z Trockiego. Czy nie wydaje się wam niezwykłe, że wy, naziści, cytujecie Trockiego, bolszewika i Żyda, jakby był Waszym Ewangelistą’?
Okazało się, że obaj rozmówcy świetnie wiedzieli kim jest Trocki, a za najlepszy kierunek rozwoju III Rzeszy uważali sojusz z ZSRS przeciw 'zachodniemu kapitalizmowi’. I nie byli osamotnieni. Ludzi takich nie brakowało po obu stronach. Głównym przeciwnikiem dla takiego sojuszu byłby zapewne Kościół katolicki i konserwatywne rządy autorytarne w Europie, które dziś, często całkowicie niesłusznie, posądza się o 'faszyzm’.
Kwartalnik 'Fronda’ 17/18 przypomniał znamienne słowa Hitlera z kwietnia 1938 r.: 'w Hiszpanii postawiliśmy na niewłaściwego konia. Byłoby dla nas lepiej udzielić poparcia republikanom. Oni reprezentują lud. Zawsze moglibyśmy uczynić z tych socjalistów dobrych narodowych socjalistów.
Współczesny mit 'dobrego komunizmu’ oparty jest na jego rzekomo heroicznym sprzeciwie wobec nazizmu. Tymczasem analizując takie znamienne detale widzimy, że te ustroje więcej łączyło między sobą, niż np. hitleryzm z dyktaturą Franco czy Salazara. Z regentem Hiszpanii, gen. Franciszkiem Franco y Bahamonde, wiąże się jeszcze jeden ciekawy szczegół. Otóż nie tylko jego związki w III Rzeszą były słabsze niż zwykło się powszechnie sądzić, to jeszcze był on 'Holocaust survivor’, czyli Żydem z pochodzenia. Uratował w czasie Wojny wielu współbraci, o czym, a także o jego żydowskim pochodzeniu, mówił otwarcie w wywiadzie dla 'Życia’ Otto von Habsburg, prawowity Cesarz Austrii. Któż jednak chce dziś o tym pamiętać? Odsądza się od czci i wiary Piusa XII za postawę wobec Mussoliniego, lecz czemu zapomina się że Mussoliniego popierali (przynajmniej do 1936 r.) Chaim Weizmann czy Nahum Goldmann? Wątpię czy gdziekolwiek na świecie Kościół poszedł wobec nazizmu na ustępstwa tak wielkie jak syjoniści podpisując układ Ha’vara, albo organizacja Bojownicy o Wolność Izraela, jeszcze w 1941 r. usiłująca wejść w sojusz z III Rzeszą (by wspólnie wyzwolić Palestynę z rąk Brytyjczyków), wśród której członków był Yitzhak Shamir, późniejszy premier państwa Izrael. Piszę takie rzeczy, nie po to by 'na kogoś wyciągnąć haka’, ale by wskazać, że budowanie dysproporcji między różnymi formami totalitaryzmu opiera się na redukowaniu bardzo skomplikowanej rzeczywistości nazizmu, faszyzmu, nacjonalizmu do świata dwuwymiarowego, w którym w dodatku wszystko jest czarne albo białe – świata który w praktyce nigdy nie istniał. A z drugiej strony odnośnie bolszewizmu mnoży się wątpliwości nawet tam gdzie one istnieć nie powinny.
Można próbować znaleźć jeszcze inne wytłumaczenie dualizmu w traktowaniu komunizmu i nazizmu. Otóż komunizm, przynajmniej w Europie, jest jako ideologia praktycznie martwy, podczas gdy według np. niemieckiego MSW naziści w ciągu ostatniej dekady zabili w tym kraju 26 osób. A przecież istnieje jeszcze szerszy od nazizmu problemu agresywnego nacjonalizmu, dla którego nazizm jest obecnie tylko jedną z wielu odmian, który wywołuje konflikty zbrojne od Europy po Fidżi na Pacyfiku.
Można na to odpowiedzieć, że dużo więcej ludzi ginie rocznie w którymś z wciąż istniejących państw komunistycznych czy z rąk skrajnie lewicowych partyzantek w III Świecie. Będzie to jednak argument zły. Nie dlatego, że nieprawdziwy, lecz ponieważ nie sposób usprawiedliwić zabójstwa przez dowodzenie, że inni są jeszcze gorszymi zabójcami. Należałoby raczej zapytać dlaczego komunizm obumarł, a nazizm nie? Dlaczego w Europie Wschodniej problemem jest postkomunizm, czyli post-totalitaryzm, który z komunizmem łączą tylko biografie polityków, a nie pokrewieństwo ideowe, podczas gdy w Europa Środkowa boryka się z neonazimem, czyli neototalitaryzmem, który uznaje swoją pełną ciągłość programową z dawnym reżymem? Być może różnica tkwi właśnie w przepaści oddzielającej odpowiadającą nienawiścią na nienawiść denazyfikację Niemiec od dekomunizacji w Europie Wschodniej, która bardziej przypominała amnestię niż rozliczenie z przeszłością. Ta ostatnia również nie jest wolna od błędu, bowiem posuwając się za daleko, do abolicji dla autentycznych zbrodniarzy, głęboko zachwiała społecznym poczuciem sprawiedliwości: są ludzie, którzy ostatnie pół wieku żyli nadzieją, że w 'wolnej Polsce’ dobro się nagrodzi, a zło ukarze. Dziś to pokolenie wymiera na śmiesznie niskich rentach i emeryturach, podczas gdy ludzie, którzy im zabrali młodość i zdrowie pędzą beztroski żywot 'człowieka poczciwego’.
Niemniej jednak to właśnie ów 'model polski’ wskazuje, że jeśli Niemcy chcą uporać się z totalitarną przeszłością, powinni przestać uczyć nienawiści do własnego narodu, tak jak i my pomogliśmy komunistom przejść metamorfozę, tym, że nigdy podstawowym założeniem polityki III RP nie było uczenie nienawiści do PRL. Dzięki temu być może uda nam się pewnego dnia sprawiedliwie, czyli według takich samych zasad (co jeszcze nie znaczy), ocenić Legion Łotewski Waffen SS i Ludowe Wojsko Polskie, caudillo Castro i caudillo Franco, admirała Karola Doenitza i gen. Wojciecha Jaruzelskiego, Bolesława Bieruta i ks. Józefa Tiso, sprawę Dreyfussa i sprawę Irvinga. To wszystko byłoby dopiero punktem wyjścia do udowodnienia mieszkańcom Utopii, że nie mają wyłączności na merytoryczne dyskusje o przeszłości.
Virtual Vendée’s Editorial Note
Artykuł został opublikowany w piśmie 'Sprawy Polityczne’ nr 3 (9)/2001, a następnie w przeglądzie narodowo-radykalnym 'Szczerbiec’.
