Opcja antykomunistyczna, doktryna Trumana

Część 3: Rozstanie z tym, co 'narodowe’

Mówiliśmy dotąd o klimacie niemieckiego konserwatyzmu powojennego – o owej osobliwej mieszaninie zapobiegliwego ogrodnictwa, dojmującej skruchy i sędziowskiego gniewu, która swe uzasadnienia znajduje w równej mierze w sytuacji historycznej jak i w niejednolitym składzie osobowym – skruszeni narodowi socjaliści, sympatycy i antyfaszyści. Jakie były jednak 'treści’, opcje tego konserwatyzmu? Również lęk przed ideologiami z towarzyszącym mu afektywnym brakiem przemyślenia był składnikiem owego klimatu; do dziś pozostaje on czymś, o czym prawie nie da się rozmawiać ze starszymi konserwatystami.

Tak więc dostrzec można dwie opcje, jedną pozytywną i jedną negatywną, które kształtowały niemiecki konserwatyzm przez co najmniej dwa dziesięciolecia (i dziś jeszcze kształtują część konserwatystów); chodzi tu o wybór przeciw temu, co 'narodowe’ i za antykomunizmem. Pierwsza dotyczy przedmiotu objętego ścisłym tabu. Ruchy konserwatywne innych krajów po uwolnieniu się od tronu i ołtarza czerpały nową siłę, wstawiając się za 'narodowymi’ postulatami wewnętrznej tożsamości lub zewnętrznej integralności. W niemieckim konserwatyzmie powojennym uderza pieczołowitość, z jaką omija się sprawy narodowe – abstrahując od zwykłych deklaratywnych oświadczeń popierających zjednoczenie. Niemiecki konserwatysta okresu po roku 1945 zdaje się znać tylko jedną ojczyznę, mianowicie Europę (lub 'Abendland’, czyli Zachód). Uderzanie w narodowe struny pozostawiono Kurtowi Schumacherowi (z SPD – przyp. 'Arcanów’) i siłom narodowo-liberalnym w FDP i w Partii Niemieckiej . A ostrożność konserwatystów w tych sprawach okazała się słuszna, gdy w dalszym przebiegu historii Republiki Federalnej wszystkie osoby i grupy radykalnie opowiadające się za celami 'narodowymi’ jako 'nacjonaliści’ (lub coś jeszcze gorszego) były regularnie spychane do swego rodzaju getta.

Oczywiście, z dystansu łatwo jest krytykować narodową wstrzemięźliwość powojennych konserwatystów. Wtedy, w okupowanych Niemczech, była ona przypuszczalnie jedyną drogą do osiągnięcia choćby ograniczonej skuteczności. Zarówno część opinii światowej znajdująca się pod wpływem anglosaskim, jak i ta pod wpływem komunistycznym, uważały po prostu niemieckich konserwatystów za popleczników Hitlera, a fakty przeczące temu poglądowi nie wywierały na nich wrażenia. Niemieccy konserwatyści wpadli więc, jak wszyscy Niemcy, w młyn rozrachunków z przeszłością i musieli się zachowywać według ich zasad.

Opcja antykomunistyczna

Konserwatyści próbowali odzyskać niezbędny grunt pod nogami za pomocą nieugiętego antykomunizmu. Najpóźniej od wybuchu zimnej wojny wiosną 1947 roku (12 marca 1947, doktryna Trumana) veto zachodnich sił okupacyjnych nie stało już tej opcji na przeszkodzie. I to właśnie antykomunizm okazał się w następnych latach klamrą spinającą tak bardzo różnorodne frakcje konserwatystów. Cóż innego byłoby w stanie połączyć wtedy na przykład Hansa-Joachima Schoepsa i Emila Franzela? Pierwszy z nich chciał zupełnie poważnie przywrócić monarchię Hohenzollernów wraz z 'izbą panów’; drugi próbował uczynić owocną polityczną mądrość Austro-Węgier, którą wyparł duch 'małoniemiecki’.

Jednostronne przywiązanie tak wielkiej wagi do antykomunizmu miało jednak także poważne wady. Niewtajemniczeni i młodsi wiekiem mogli łatwo odnieść wrażenie, że konserwatyści wiedzą wprawdzie, przeciwko czemu występują, ale nie wiedzą, za czym. Któż zauważył, że obie wydane w latach pięćdziesiątych książki Winfrieda Martiniego, uchodzące wtedy za najpoważniejsze produkty literackie obozu konserwatywnego, zawierały także filozofię państwa tego ucznia Carla Schmitta? Do sukcesu obu tych dzieł przyczynił się ich antykomunizm, i to nie bez powodu, gdyż z wyjątkiem KPD i kilku literatów wszystkie polityczne i inne ugrupowania w początkach Republiki Federalnej, w tym również SPD i związki zawodowe, a także Kościoły, były antykomunistyczne. I to właśnie było drugą wadą tego antykomunistycznego konsensusu konserwatystów: antykomunizm konserwatystów nie był wtedy doprawdy niczym, co mogłoby ich odróżniać od politycznego otoczenia; nie był niczym, co dowodziłoby konieczności istnienia ruchu konserwatywnego. A z tego, co narodowe i co mogłoby im zapewnić oparcie w masach, konserwatyści przecież zrezygnowali.

Nie jest więc przypadkiem, że w niniejszym sprawozdaniu na temat konserwatyzmu niemieckiego po roku 1945 mówimy prawie wyłącznie o wąskich kręgach, publicystach, książkach i czasopismach. W Republice Federalnej jak dotąd nie było konserwatyzmu jako znaczącej organizacji politycznej. Wyliczanie elementów konserwatywnych w takich partiach regionalnych, jak Partia Niemiecka i CSU prawie nie wykracza poza folklor. Tak po prostu już jest, że konserwatyzm tych lat to niewiele więcej niż garstka samotników, usiłujących zachować wielką ideę w nadziei na lepsze czasy.

W serdecznym uścisku

W czasie, gdy spisywana jest ta relacja, po konserwatyzmie powojennym w tej formie, w jakiej został on tu opisany, pozostały już tylko resztki. Tuż obok powstawał szczególnie od połowy lat 60. nowy konserwatyzm, który potrafił zyskać popularność wśród młodszych roczników, a nawet wśród młodzieży. Ten nowy konserwatyzm – też początkowo obejmujący tylko niewielkie grupy i kręgi – zdobyto w walce przeciwko dwóm niebezpieczeństwom.

O pierwszym niebezpieczeństwie już wspomnieliśmy: jest to zaduch, który zagraża każdej prawdziwej partii światopoglądowej. We wspomnieniach barona Guttenberga (Fußnoten, Stuttgart 1971, s. 140) znajduje się znamienna anegdota z jesieni 1967 roku. Egon Bahr, który wówczas przymierzał się do swej polityki wschodniej, próbował pozyskać przychylność barona, uosobienie 'Abendländlera’, następującymi słowami: 'Pan i Pańscy partyjni przyjaciele źle mnie oceniacie. Uważacie, że nie można na mnie polegać w sprawie zjednoczenia. A ja przecież właściwie jestem nacjonalistą.’ To przyniosło mu ciętą odpowiedź Guttenberga: 'Widzi Pan, Panie Bahr, to jest dokładnie ten punkt, w którym nasze drogi się rozchodzą; ja nie jestem nacjonalistą – jestem za wolnością.’ Guttenberg miał w tym wypadku rację, w ten sam sposób, w jaki miał zawsze rację konserwatyzm powojenny, mianowicie przez rezygnację z praktycznej polityki, a tym samym z uwikłania się w sprzeczności złożonej rzeczywistości.

Drugie niebezpieczeństwo stało się groźne dopiero wraz z konsolidacją Republiki Federalnej, a szczególnie wraz z jej sukcesami gospodarczymi. Oba zjawiska stanowiły pokusę do tego, aby trzymać konserwatystów za słowo, które pochopnie dali po wojnie, twierdząc, że konserwatywność polega jedynie na otaczaniu troskliwą opieką istniejącego stanu rzeczy. Oto przykład na to z lat późniejszych. Na jednej z licznych konferencji poświęconych w roku 1973 modnemu wówczas tematowi konserwatyzmu Ludolf Herrmann wygłosił błyskotliwą zapowiedź, której puentą było stwierdzenie, że wszystkie ugrupowania polityczne i społeczne – partie, grupy interesów, grupy o wspólnym światopoglądzie, prasa i wszyscy inni są zasadniczo 'konserwatywni’ (tj., że są za status quo). Ostateczną, niewypowiedzianą, ale dla każdego oczywistą, konkluzją pod adresem nielicznych konserwatystów znajdujących się na sali było pytanie: czego właściwie jeszcze chcecie jako konserwatyści, skoro wszyscy wokół was od dawna już są konserwatywni?… Przy czym mówiąc o Ludolfie Hermannie, należy jeszcze dodać, że niektórzy konserwatyści, używając frazesów, jak: konserwatyści są we wszystkich obozach, konserwatywność to predyspozycja, która tkwi w każdym człowieku itd., sami rzucają się w ten serdeczny uścisk, w którym potem znikają.

Ale w ten sposób rzeczywiście można się zanurzyć w 'liberalno-konserwatywną’ noc, w której wszystkie koty są szare. Wszystkie próby odnowy niemieckiego konserwatyzmu podejmowane w ciągu ostatnich dziesięciu, piętnastu lat, były próbami ucieczki przed tą papką nastrojów i uczuć, przed tą nieskończoną dowolnością. Należy krótko przedstawić trzy najważniejsze próby nadania wyraźnych konturów konserwatyzmowi.