Korupcja

Koniec gnicia

Dosyć łatwo jest zrozumieć dlaczego nasi przodkowie odkryli ogień. Po prostu było im zimno. Ale trudniej pozostaje zrozumieć, cóż też strzeliło im do głowy, kiedy wymyślali państwo.

Mądrzy ludzie twierdzą, że chodziło im o to by zrzec się cząstki wolności na rzecz struktur państwowych, aby w zamian otrzymać od nich minimum bezpieczeństwa. Taki był pomysł. Z jego realizacją jest nieco gorzej. Bo tak się dziwnie składa, że wolności oddajemy coraz więcej, a bezpieczeństwa otrzymujemy coraz mniej. W konsekwencji cały ten układ przestaje się nam opłacać. Szara strefa, praca na czarno to z punktu widzenia struktur państwowych przestępstwa. Dla socjologa to przede wszystkim świadectwo, że wielu obywateli spontanicznie wypowiada umowę społeczną ze swoim państwem. Trudno ich stawiać na piedestale, ale i niełatwo potępiać. Bo przecież nie sposób od ludzi oczekiwać by godzili się na zdzierczy układ w którym oddają wszystko, a zyskują w zamian jedynie rozliczne formularze i wnioski, które mogą wypełniać i składać w stosownych urzędach. Bez większych szans na pozytywną odpowiedź.

* * * *

Przed kilku laty w „Polityce” ukazał się tekst Roberta Nogackiego 'Gnicie”. Elity polityczne wszystkich szczebli rozkładają się na naszych oczach, a jedyną rzeczą, jaka trzyma jeszcze wszystko w ryzach, jest wstyd przed publicznym ogłoszeniem „secesji z łańcucha” powszechnie akceptowanych zasad moralnych – tak brzmiała zasadnicza teza artykułu. Pora, by – korzystając z tej samej przenośni – w publicznej analizie jakości naszego państwa posunąć się nieco dalej.

Zepsucie to nic innego jak korupcja, „gnijąca” analogia dobrze więc oddaje obecny stan rzeczy w Polsce. Kiedy rozkłada się kawałek mięsa, do pewnego momentu da się go odrestaurować, czego dowodem niektóre wędliny z super­marketów. Wszystkie jednak metody ratowania mięsa (nawet te supermarketowe) kończą się z chwilą, gdy traci ono kształt i nawet dociekliwy klient z trudem może odróżnić mortadelę od żeberek.

To nie koniec – w gniciu nadchodzi taki moment, kiedy całe mięso zostało przez pracowite anaeroby czy podobne im stworzenia rozłożone zupełnie. I nie ma już co gnić. Bakterie wkrótce zdechną z głodu, ewentualnie się zakon­serwują i w formach przetrwalnych doczekają lepszych czasów.

Nie inaczej zdarza się w życiu społecznym.

Patrząc przez pryzmat życia politycznego, ekonomii i bezpieczeństwa obywateli trudno oprzeć się wrażeniu, że w Polsce przykry moment zaniku „państwowego mięsa” właśnie się zaczął, ewentualnie zacznie się za chwil kilka. Te trzy najważniejsze sfery działalności państwa, związane ze sobą i przenikające się nawzajem, mają się od ponad dziesięciu lat coraz. I jakkolwiek można zastanawiać się nad każdą z nich z osobna, to przecież jednakowo dotyka ich nasza polska korupcja. Niestety, nie chodzi tylko o łatwość brania i dawania łapówek. Chodzi o korupcję w znaczeniu najbardziej podstawowym – o zepsucie.

Z jednej strony tyle już było nad nią biadolenia, tyle razy użalano się i i przed nią ostrzegano, że może zacząć drażnić samo przypominanie tematu. Potępiały już ją takie usta, że czasami aż nie wiadomo, nagana była to czy pochwała.

Lecz z drugiej… Beznamiętna, odpolityczniona i odważna refleksja nad zepsuciem, zgniciem władzy może poprowadzić zbyt daleko, by można było ją łatwo pominąć w dyskusji na forum publicznym. Władza – albo jednoznaczniej – administracja jest przecież w pewnym sensie ucieleśnieniem idei państwa. Innymi słowy nie ma państwa bez administracji – zorganizowanych struktur władzy i to one są warunkiem jego istnienia. Ich rozkład nie jest więc akademickim li tylko problemem, bo spowodowana nim niewydolność państwa dotyka niemal wszystkich sfer naszego życia.

Aż korci więc, by zapytać wprost: czy corruptio elit politycznych, władzy i administracji nie posunęło się tak dalece, że nie ma już co gnić? I skoro wszystko to, co ucieleśnia państwo jako takie, znajduje się w stanie niemal kompletnego rozpadu, to może zanika nie tylko administracja, ale i samo państwo?

Beznamiętna, odpolityczniona i odważna refleksja nad zepsuciem, zgniciem władzy może poprowadzić zbyt daleko, by można było ją łatwo pominąć w dyskusji na forum publicznym. Władza – albo jednoznaczniej – administracja jest przecież w pewnym sensie ucieleśnieniem idei państwa. Innymi słowy nie ma państwa bez administracji – zorganizowanych struktur władzy i to one są warunkiem jego istnienia. Ich rozkład nie jest więc tylko akademickim problemem, bo spowodowana nim niewydolność państwa dotyka wszystkich sfer naszego życia, zwłaszcza tych najważniejszych – polityki, zależnego od niej bezpieczeństwa publicznego i oczywiście gospodarki.

Życie polityczne zgniło doskonale w momencie, gdy prze­słuchiwany premier powiedział do członka komisji parlamentarnej: „Jest pan zerem”, a prezydent zasugerował, że przed komisją może zatańczyć i zaśpiewać. W normalnym świecie za pogardę okazaną demokracji przedstawicielskiej, a pośrednio – wyborcom znika się zupełnie z publicznej areny. A u nas? Kilkunastoprocentowy spadek popularności.

Całości obrazu polskiej polityki dopełnia zapomniany niemal raport Transparency International z podaną w nim ceną za ustawę obowiązującą 3 lata temu w polskim parlamencie. W tym kontekście społeczne oburzenie w związku z aferą Rywina jest przejawem albo zbiorowej amnezji albo zakłamania. Przestało być tajemnicą poliszynela, że za demokratyczną fasadą kryje się nieźle zorganizowane państwo mafijno-oligarchiczne.

Co do bezpieczeństwa publicznego, to wystarczy przypomnieć, jak na jednym z warszawskich osiedli grupa ojców rodzin, poirytowana wzrastającą przestępczością i bezkarnością młodocianych, wzięła sprawy we własne ręce. Zorganizowali kilkuosobowe patrole oby­wa­telskie i sami zaczęli pilnować swojego podwórka. W odpowiedzi Autorytety podniosły rwetes: „Tak nie wolno!”, „Żyjemy w państwie prawa!” „Nie można pozwolić na publiczne lincze!” I tylko jeden cichy głos, że to co prawda samowola, ale skoro państwo przestało spełniać swoje funkcje, to ludzie mają prawo bronić swego.

Bez bezpieczeństwa nie ma silnej gospodarki, a stworzenie warunków dla rozwoju ekonomicznego to najbardziej pierwotna przyczyna istnienia państwa. Ludzie chcieli czuć się bezpiecznie, bo chcieli się dorabiać; chcieli handlować, a do tego był potrzebny spokój na drogach. Dziś w pewnym sensie jest tak samo – ruch na ulicach zamiera ok. 20.00 nie dlatego, że Polacy lubią chodzić wcześnie spać. Później robi się po prostu niebezpiecznie. Kilkadziesiąt osób pod domami Centrum, a kilometr dalej pustki. Strach przed wieczornym wyjściem 'na miasto’ zniechęca tych, którzy lubią spacerować i zahaczać o napotykane lokale, a to oznacza mniejsze obroty nie tylko dla restauratorów, ale dla ich dostawców itd.

Jedno koło zębate porusza drugie, ale nie w tę stronę, co trzeba.

* * * *

Dziesięć wieków temu nasi przodkowie, wojownicy i wolni chłopi, zebrali się na jakiejś leśnej polanie, by przy blasku ognisk proklamować powstanie księstwa Polan. Nigdy by tego nie uczynili, gdyby wiedzieli, że w ten sposób z wolnych ludzi, staną się wieczystymi petentami, którzy będą musieli kornie przepraszać różne rządowe organa za sam fakt swojego istnienia.

A skoro nasi przodkowie mogli swoją wolą to państwo powołać do życia, to kto wie czy nasi potomkowie w ten sam sposób nie podziękują mu za istnienie?