Widziałem doły katyńskie
Kiedy tylko pan de Brinion(l) uczynił nam, Claude’owi Jeantet(2) i mnie, zaszczyt zapraszając nas, abyśmy mu towarzyszyli w podróży do Niemiec i na front wschodni, od razu pomyślałem, że być może moglibyśmy odwiedzić straszne cmentarzysko katyńskie.
Ale taki postój nie został w ogóle przewidziany, a jego możliwość zdawała się oddalać coraz bardziej z biegiem tej pasjonującej i wspaniale przygotowanej wizyty, w czasie której władze wojskowe i cywilne rywalizowały w okazywaniu nam wyrazów uprzejmości i delikatności. Mieliśmy wiele spraw do załatwienia, wiele rzeczy do zobaczenia i dysponowaliśmy ograniczoną ilością czasu. Później nadeszły upały i doły katyńskie zostały zamknięte. Miano je otworzył dopiero w październiku, aby kontynuować prace nad identyfikacją zwłok. Jeszcze żaden dziennikarz francuski nie zjawił się w Katyniu. Hiszpanie mieli okazję czytać pasjonujące reportaże Gimeneza Caballero(3), my musieliśmy się zadowolić oficjalnym raportem komisji międzynarodowej, której towarzyszył ze strony francuskiej jakiś aptekarzyna z gwiazdkami, mianowany lekarzem generalnym, który wprawdzie bez żadnej dyskusji zgodził się ze wszystkimi uwagami swoich kolegów po fachu, ale który nie miał tej elementarnej uczciwości, aby podpisać się pod ich raportem. Dlatego nalegaliśmy i pod koniec naszej podróży zawieziono nas do Smoleńska, gdzie mieliśmy spędzić noc, aby wczesnym rankiem zobaczyć Katyń.
Dzisiaj, kiedy gromadzę obrazy z tamtej podróży, spoczywające w nieładzie w mojej pamięci: jazdę wagonem sypialnym i transportem wojskowym, wozem i samochodem, spanie w ogromnych hotelach i w drewnianych domkach Berezyny, posiłki dzielone z legionistami, albo zupę rozdawaną żołnierzom na dworcach czy delikatną kuchnię francuską, którą częstowano nas na przyjęciach przygotowywanych na naszą cześć przez oficerów sztabowych; rozmowy z organizatorami życia ekonomicznego w kraju, z żołnierzami, z robotnikami z Berlina i Wiednia, czuje się prawie przestraszony tą masą wrażeń i osób, które trzeba zrozumieć. Ale jeżeli ta podróż majakiś jeden sens, to daje go właśnie ten ostatni obraz Rosji i od niego należałoby zacząć.
Widziałem Katyń. Miałem to bezpośrednie doświadczenie, którego nic nie może zastąpić. Oglądałem krajobraz, wdychałem odrażający odór, spacerowałem po ścieżkach uroczego lasku, który krył tak wiele trupów i w porannym wietrze patrzyłem na ogromne doły w ziemi o kolorze ochry, na zdziczałe drzewa i krzewy. Nie opowiem o niczym, czego bym nie widział na własne oczy.
* * *
W porównaniu z monotonią rosyjskiej równiny, obszaru, gdy mu się przyjrzeć z bliska, posępnego i jakby obsypanego trądem, pokrytego moczarami z rzadkimi lasami, okolice Smoleńska tworzą miły kontrast. Czarujące pagórki poprzecinane chłodnymi dolinkami, dobrze utrzymane lasy, ogródki. Mała wioska Katuń (bo tak ją tam nazywają) bez wątpienia nie różni się w niczym od innych wiosek rosyjskich: nie mogłem jej w ogóle spostrzec. Widziałem tylko las ciągnący się przez pięć, sześć kilometrów, gąszcz drzew i krzaków. Chciałoby się spędzić kilka weekendów w Katyniu, gdyby w reżymie sowieckim istniały weekendy. Wszystko tu jest zielone, podczas tego lata, które wciąż bliskie wiosny, zaczyna się pełne łatwego wdzięku, bliższe Jean-Jacquesa (Rousseau) niż Tołstoja. Pomimo wszystko.
Wiadomo jak się robi odkrycia, w sposób jak najbardziej banalny. Jakieś roboty, jakieś wykopy wydobyły na światło dzienne trupy polskich oficerów. Niemcy przepytywali okolicznych chłopów. Po długim milczeniu (strach odziedziczony po Sowietach doskonale paraliżuje języki) przyznali, że do lasu, będzie ze trzy lata temu, wożono pociągi pełne więźniów. Także Rosjan. Wzmożono poszukiwania. Natrafiono na ogromny dół, który zawierał tysiące ciasno stłoczonych ciał. Zidentyfikowano dwa albo trzy tysiące. Później, krok po kroku, odkrywano inne doły. Dla nas, pomimo przerwy w pracach, otworzono tej nocy jedno z miejsc pochówku.
Jest ranek. Wstaliśmy o piątej, położyliśmy się spać o drugiej trzydzieści, w chwili, kiedy dzień, który zaczyna się w Rosji bardzo wcześnie, zaczynał już bielić horyzont. Pada. Niebo jest szare, klasyczna pora wykonywania kary śmierci, jest całkiem zimno. Nie trzeba długo iść od drogi oddzielonej od lasu płotem, aby dotrzeć do grobów. W ciszy przemierzamy las, którym prowadzą nas w pobliże dołu.
I nagle uderza nas w twarz – smród. Kierowca naszego samochodu, który już wcześniej odbył tę straszną wizytę, ostrzegał mnie. Nie jest małą dziewczynką. Jest odznaczony, był na froncie, jest zaprawionym w bojach narodowym socjalistą: – Nie mogłem jeść przez dwa dni, wyznał.
Wokół dołu, gdzie wszyscy zaczęli palić papierosy, aby pozbyć się tego straszliwego smrodu, są ci, którzy poznali inną wojnę i jej pola bitewne. Prawie wszyscy są wstrząśnięci.
Chciałbym, aby choć trochę tego smrodu przeniknęło do kadzideł bolszewizujących arcybiskupów.
Potężny odór, odór czarny i ostry, niezapomniany odór zbiorowej mogiły. Jakieś żywe stworzenie, jakieś zwierzę długo gnije w tej ziemi, która nie niszczy zbytnio trupów. Są tam, stłoczeni i zbici, i to od nich wznosi się ta rzecz, którą można obchodzić wokół, którą można trzymać w dłoniach, tak jest ciężka. Czasem wiatr rzuca ją w nasze twarze i ma się wtedy ochotę wytrzeć, jakby była lepka, cuchnąca i miękka. Ale to tylko odór. Zgniłe mięso, zwierzyna rojąca się od robactwa, woń długo zamkniętych obór, wymiociny, stare, ropiejące od gangreny rany, fermentacja pomieszanych nasion, które wydają z siebie straszliwa gorycz. Najbardziej może nam to przypomina psującą się rybę. Ogromną ławicę ryb gnijących w cierpkiej wodzie morskiej, za którą ciągnie się woń pękających wrzodów, psujących się ropni, zielonych ran, w których krążą trucizny. Tak, naprawdę, ten odór nas atakuje, okrąża, a my schodzimy weń głębiej, w miarę jak schodzimy w samą mogiłę, zalani tą straszliwą wonią. I będziemy ciągnąć całą tę wizytę za nami, na naszych ubraniach, naszych butach, tę niemożliwą do nazwania, tłustą i cuchnącą pamiątkę.
Ten smród, po tylu miesiącach? Ależ tak. Trzeba pamiętać, że ziemia katyńska ma szczególne właściwości konserwujące. Gdy ludzie zaangażowani do odkopywania nieszczęsnych polskich trupów podnosili je końcami haków, rzucali nam wówczas ten odór jak łopaty pełne ziemi. I widzieliśmy jak się podnosi, wyprostowany, niczym kościsty Ligier Richer, duch o wyszczerzonych zębach, wysuszony i niemy przynoszący nam swój zgniły oddech.
Są tam – ułożeni tak, iż głowy jednych leżą przy stopach innych, dobrze rozpoznawalni w swoich pięknych mundurach, już ubrudzonych i wyblakłych, w oficerkach i wojskowych płaszczach. Spędziłem w niewoli wiele miesięcy razem z polskimi oficerami(4), teraz mogę rozpoznać ich braci. Są obróceni twarzą do ziemi, pokazują nam w ich karkach ślad po rewolwerowej kuli. Widzieliśmy zdjęcia, ale nic nie daje wyobrażenia dokładności tego stłoczenia, warstwa na warstwie, skrupulatnie niczym ryby w puszce. W tej miazdze wszystko zdaje się być złączone, jakby jakaś lepka materia spajała ciała. Trzeba je odrywać jedno od drugiego kolcami wideł. I daje się wówczas słyszeć odgłos przypominający trzask rozdzieranego papieru. Grabarze obojętnie chodzą po piasku i przenoszą ciała. Podnoszą dla nas na hakach jedno z nich i rzucają je nam do nóg, wysuszone, lekkie, niczym olbrzymiego śledzia.
Jeszcze jedno porównanie zapożyczone od ludzi morza, które mi przychodzi na myśl. Ale jest ono zbyt natrętne, aby go nie uczynić. Jeżeli to prawda, iż płód rodzi się w wodzie morskiej, chcę odtąd wierzyć, że trup, on także, staje się tym dziwnym, zimnokrwistym stworzeniem, stężałym i zielonym. Jest tam, ten wysuszony i straszny śledź, przyczepiony do galarety innych ciał. Jego boki sterczą pod ubraniem niczym ości. Pochylamy się nad nim. Już od dawna oddycham tylko przez usta, ćwiczenie, które zalecam w podobnej sytuacji i widzę jak niektórzy z naszych towarzyszy z trudem powstrzymują wymioty.
Skalpelem przecinają kieszenie nieszczęśnika po to, aby je przeszukać. Polskie pieniądze, portfel, dowód tożsamości, przekaz pieniężny adresowany na obóz jeniecki z dobrze widocznymi pieczątkami, gazeta rosyjska z kwietnia 1940 roku, wszystko brudne, poplamione i zawilgocone od niezliczonych dotknięć, ale wciąż rozpoznawalne.
Rozmyślam chłodno, jeżeli chłód jest tutaj możliwy. Co do tego, że ciała są ciałami Polaków, nie mam żadnych wątpliwości. W tym wypadku nie jest możliwe żadne oszustwo. Czyż można było urządzić dla nas, w celach propagandowych, tak gigantyczną i straszliwą maskaradę? Przecież przeszukano te trupy w naszej obecności, czego naprawdę nie można było wcześniej 'spreparować’: ubrania są przyklejone do ciał, potrzebny jest nóż, aby je odłączyć. Bez widocznej odrazy rosyjscy grabarze rozdzierają kieszenie i pokazują nam ich zawartość. Tak dokumenty, jak i daty są niezbitym dowodem. Gazeta, list, nic późniejszego niż kwiecień 1940. Egzekucja musiała odbyć się kilka dni później, najwyżej kilka tygodni później. Nie można wskazać na żadnego innego winnego niż kat sowiecki.
Proszę mi wybaczyć te rozważania, były może niepotrzebne. Wciąż są ludzie, którzy wyobrażają sobie, że Katyń to bluff: gdyby to jednak był bluff, czy Sowieci zerwaliby z tego powodu stosunki z polskimi emigrantami z Londynu? Ale te abstrakcyjne wywody muszą zostać odsunięte na bok przez widok tych stłoczonych ciał. O ile twarze są zniszczone i nierozpoznawalne, dobrze, gdy nie zredukowane do naglej kości, to ciała, (co widać) przez rozcięte mundury, zachowały wciąż skórę, mięśnie, zielona, różowa i żółta masa, gdzieniegdzie twardawa, gdzie indziej galaretowata, w stanie, w jakim zachowała ją piaszczysta gleba. Muszę przyznać, że gdy o mnie chodzi, jestem bardziej wrażliwy, fizycznie, na grozę żywą, na rany, oparzenia, kalectwo. Mogę bez większej odrazy fizycznej pochylić się nad tym niezwykłym trupem już poza naszym człowieczeństwem. Ale on tam jest, ogromny chwat, który musiał być pełen wigoru, wyrzucony na piach niczym na plażę, świadek zbrodni. I całym swoim bezruchem gada niczym na Sądzie Ostatecznym.
Zaprowadzono nas do innego dołu, mniejszego, gdzie jeden z trupów ma ręce skrępowane z tyłu na plecach. Inny ma marynarską bluzę zarzuconą na twarz. Zdaje się, że znaleziono Rosjan bez śladu po kuli: zakopanych żywcem.
Z polskimi oficerami wiąże się dziwne pytanie. Ten, którego badano i przeszukiwano w mojej obecności, miał list od rodziny wysłany na adres swego obozu. A więc podczas kilku miesięcy, od jesieni 1939 do wiosny 1940 roku, korzystał z przywilejów jeńca wojennego. Nieszczęśnik korespondował ze swoimi, otrzymywał paczki, a nawet pieniądze. A później, pewnego pięknego dnia, wszystko się skończyło. Rosjanie załadowali do wagonów dwanaście tysięcy oficerów i metodycznie ich zastrzelili w dołach katyńskich. Skąd ta nagła zmiana?
Może być tylko jedna odpowiedź. Przez jakiś czas Sowieci mieli nadzieję, że zdołają pozyskać sobie armię polską. Nie tylko tę, która pochodziła z terenów przez nich okupowanych, ale także oficerów z Warszawy, z terenów okupowanych przez Niemców (list, który widziałem, został wysłany z Generalnej Guberni), co pozwala podejrzewać jakieś machinacje. I później, pewnego dnia, (Sowieci) zrozumieli, że Polacy nienawidzą bolszewizmu, że ci ludzie tak często nierozważni, tak często lekkomyślni, tragicznie lekkomyślni, nie zapomnieli antykomunistycznej lekcji Piłsudskiego, nie zapomnieli, że ich historia była zasadniczo antyrosyjska. Sowieci wyciągnęli logiczne konsekwencje z tej konstatacji: zlikwidowali polską elitę, tak jak unicestwili elitę krajów bałtyckich.
Idziemy przez las, do którego wiatr przyniósł kilka polskich banknotów, których nikt nie zbiera, gdyż są bez żadnej wartości i nie mogą posłużyć do identyfikacji zwłok. Chciałbym zebrać kilkanaście takich banknotów i dać je na tacę w jakimś kościele. Myślę, że wszędzie, nawet w Ameryce, Polacy modlili się za swoich rodaków. Ale nigdzie za granicą, nawet w Watykanie nie słyszano kardynała czy biskupa, który potępiłby tę masakrę katolików. Zamilkł Episkopat Francji, ten, który zawsze lubił tyle mówić. Monsignore Baudrillart (5) nie milczałby. Pius XI, który potępił masakry w Hiszpanii, bez wątpienia także by nie milczał(6). Kościołowi brakuje ludzi.
Przed nami kolejny dół, kolejny dopiero co rozkopany pagórek. Tuż pod powierzchnią ciała chłopów. Tym razem to Rosjanie, bez dokumentów, bez tożsamości, biedacy, według wszelkiego prawdopodobieństwa zabici w 1937 albo 1938 roku. Nie wiadomo za jaką 'zbrodnię’.
– Wszędzie – mówi nam oficer kierujący wykopami – znaleziono mogiły. Można by kopać na chybił trafił. Sądząc z obszaru lasu i gęstości grobów myślimy obecnie, że znajduje się tu od sześćdziesięciu do stu tysięcy trupów. Sto tysięcy trupów… W takim miłym lasku, takim samym jak ten, który jest w Vincennes czy Fontainebleau(7).
Przy wejściu na cmentarzysko Niemcy zgromadzili ekshumowane zwłoki, wiele tysięcy, z których blisko trzy tysiące zostało zidentyfikowanych. Po zebraniu dokumentów i wszystkiego, co mogłoby służyć identyfikacji, armia niemiecka urządziła im przyzwoite groby, groby żołnierzy, obszerne i uporządkowane, udekorowane wysokimi krzyżami. Jest wśród nich stu pięćdziesięciu lekarzy. Na boku są groby dwu generałów. To tam polski ksiądz odprawia mszę. To tam nas zaproszono i tam ambasador Francji i my sami składamy hołd ofiarom wojny. W czasie minuty milczenia my, Francuzi możemy pomyśleć, że we wrześniu 1939 roku byliśmy towarzyszami broni tych, którzy tutaj spoczywają, ofiar nierozważnych przywódców, podżegaczy Ameryki i bolszewickiej barbarii. I nie chcielibyśmy pozwolić sobie na żadne inne uczucie niż współczucie.
Ale trzeba także myśleć. Jeden z najważniejszych magazynów angielskich, 'Nineteenth Century’, w swoim czerwcowym numerze, zapytywał otwarcie, dlaczego Polacy nie przeszli na stronę Niemiec, tym bardziej, iż – dorzucał szczerze – Polacy, którzy dali dowód dobrej woli, czerpaliby z tego tylko korzyści. Kiedy wróciliśmy do Paryża, dowiedzieliśmy się, że generał Sikorski, przywódca emigracji polskiej w Londynie, który jako pierwszy zażądał śledztwa w sprawie Katynia, miał zginąć w samolocie razem ze swoim szefem sztabu. Być może była to ostatnia ofiara Katynia, tak jak Darlan był ostatnią ofiarą Mers-el-Kebir (8).
Wiadomo, że polski Czerwony Krzyż, kierowany przez polskich lekarzy aktywnie współpracował przy ekshumacji i identyfikacji [zwłok]. Wiadomo, że polscy oficerowie, jeńcy armii niemieckiej, zostali przywiezieni samolotami, aby oglądnąć zbiorowe mogiły. Powrócili pełni głębokiego oburzenia i gotowi, jak nam powiedziano, stanąć z bronią w ręku przeciw bolszewizmowi. Obawy 'Nineteenth Century’ nie są bezpodstawne: śmierć Sikorskiego jest tego dowodem. Jako Francuzi, jako Europejczycy, jako ludzie uformowani przez chrześcijaństwo, życzymy sobie, aby taka postawa zaznaczyła się mocniej.
W scenerii, której śmierć nadaje złowieszczy charakter, pod szarzyzną rosyjskiego nieba, możemy rozmyślać o nieszczęśliwym losie krajów skierowanych przez głupców i megalomanów poza to skromne i bezpieczne przeznaczenie, jakie mogłoby stać się ich udziałem. Ale przede wszystkim myślimy, że to straszne cmentarzysko daje przedsmak tego, co może nas czekać. Ci antybolszewiccy oficerowie nie są przecież jedynymi [ofiarami]. Obok nich leżą tu w nieładzie dziesiątki tysięcy Rosjan, być może nawet rewolucjonistów, być może pomocników katów. Jeżeli granice Zachodu zaczęłyby pękać, czerwoni księża spoczęliby obok bogatych gaullistów, podobnie jak umiarkowani kolaboranci obok kolaborantów przekonanych. Odór Katynia rozchodziłby się wówczas od Fontainebleau albo od Loary.
Oto co widziały nasze oczy. Zależało nam, by o tym opowiedzieć przede wszystkim dlatego, że wydaje się nam, iż chodzi tu o jeden z podstawowych elementów tej wojny. Nie jest ona prowadzona przeciw narodowi rosyjskiemu, jak powtarzano wielokroć: jest prowadzona po to, aby rozbić i powstrzymać to, co odsłania bezlitosne i bezduszne barbarzyństwo Katynia. Pod koniec naszego pobytu w Rosji nieśliśmy ze sobą w ten zimny poranek ów odór gnijącej masakry i ten obraz niezmierzonych ławic pokonanych, stłoczonych i osadzonych na mieliźnie piaszczystych polan, z ustami otwartymi niczym u uduszonych ryb. Nieśliśmy go do Watykanu, Paryża, Lyonu, Lille, które nie potrafiły zorganizować pielgrzymek i modłów – które nie potrafiły zrozumieć. (’Je Suis Partout’, 9 lipca 1943 roku)
Tłumaczenie za: ’Oeuvres completes de Robert Brasillach, premiere edition annoté par Maurice Bardeche’, t. VI, Club de 1’Honnété Homme, Paris 1955, s. 490-499.
ANEKS: Memorandum (fragmenty)
Pytanie: Z jakich powodów towarzyszył Pan de Brinonowi w podróży do Rosji?
Odpowiedź: De Brinon był przewodniczącym L.V.F.(9), legalnej organizacji francuskiej. Chciał ją (Rosję) odwiedzić i pragnął, aby towarzyszyło mu dwóch dziennikarzy. Pomyślał naturalnie i niezależnie od naszych osób o redaktorze najważniejszego dziennika, 'Le Petit Parisien’, i redaktorze najważniejszego tygodnika, 'Je Suis Partout’. Żądał od nas, ode mnie i od Claude’a Jeanteta, przybycia do Rosji i zdania relacji z tego, co zobaczyliśmy. Pojechałem więc w charakterze dziennikarza, naturalnie będąc ciekawym spraw dotyczących współczesności, jak i zresztą sam Jeantet, który przed wojną pojechał do Rosji na uroczystość podpisania paktu francusko-rosyjskiego, podobnie będąc zaproszonym przez członka rządu francuskiego.
Pytanie: Ta podróż była podróżą służącą niemieckiej propagandzie.
Odpowiedź: Mówiłem tylko o tym, co sam widziałem. Nie udawałem nie znając rosyjskiego i niemieckiego, że daję kompletny obraz wojennej Rosji, nawet Rosji okupowanej. Zadowalałem się opisem tego, co widziałem i nic więcej. Nie zostałem w tym celu poddany żadnej presji. Napisałem cztery czy pięć artykułów do 'Je Suis Partout’, jeden dla 'Révolution Nationale’. Pisałem tam między innym o ciekawej sile przyciągania, jaką Rosja wywierała na Niemcy, szacunku, jaki miał żołnierz dla żołnierza i o idei koniecznego porozumienia, do której często się szczerze przyznawano. Co do L.V.F. napisałem to, co sam widziałem i oddałem hołd walczącym.
Pytanie: Czy współpracował Pan z propagandą niemiecką pisząc artykuł o Katyniu?
Odpowiedź: Jeantet i ja jesteśmy jedynymi dziennikarzami francuskim, którzy widzieli Katyń. Ta wizyta nie była częścią pierwotnej podróży, nie chodziło tu więc o jakieś naciski i doszło do niej pod wpływem naszych żądań. Cała Europa mówiła wówczas o Katyniu. Proszę nie zapominać, że Polacy zwrócili się do Czerwonego Krzyża z żądaniem przeprowadzenia śledztwa, wraz z Niemcami, rzecz zupełnie niesłychana; Rosja zerwała stosunki dyplomatyczne z nią z tego powodu, lekarze z wszystkich krajów pochylali się nad trupami. Chcieliśmy zobaczyć Katyń i opowiedzieliśmy o tym, co zobaczyliśmy. Wyciągnięto dla nas trupy z jednego z grobów. Skalpelem rozcięto ich zupełnie posklejane ubrania i wyciągnięto z nich dokumenty oraz gazety, których środki były jeszcze czytelne. Nic nie było późniejsze niż kwiecień 1940 roku. Nie mogę powiedzieć niczego innego niż to, co zobaczyłem. Do Katynia przyjeżdżali Polacy, oficerowie z [niemieckich] obozów jenieckich, księża, oficerowie angielscy i amerykańscy będący w niewoli [niemieckiej]. Nikt nie mógł mieć w tej sprawie wątpliwości. Całkowicie pomijam przyczyny tego czynu, ale nie mogę powiedzieć niczego innego niż to, co widziałem. Czy Sikorski zerwałby z Moskwą bez tego?
Pytanie: Były inne masakry dokonane przez Niemców, o których Pan nie pisał.
Odpowiedź: Mówię o tym, czego byłem świadkiem. Zabierzcie mnie na miejsce masakr, o których Pan mi mówi, gdzie żadna neutralna komisja nie została jeszcze dopuszczona, a ja opowiem o tym, co zobaczę. Zresztą czy barbarzyństwo jednych usprawiedliwia barbarzyństwo drugich?
(Fragmenty ’Memorandum’ opracowanego przez Brasillacha w więzieniu Fresnes w ramach przygotowań do procesu. Przedruk (za:) A. Brassié, ’Robert Brasillach ou Encore un instant de bonheur’, Paris 1987, s. 390-391)
PRZYPISY:
1. Fernand de Brinion (1885-1947) – polityk francuski, od lat 20. zwolennik zbliżenia francusko-niemieckiego, od 1942 sekretarz stanu w rządzie francuskim (Vichy). Po II wojnie światowej skazany na karę śmierci, wyrok wykonano.
2. Claude Jeantet (1902-?) – dziennikarz francuski, syn poety Felixa Jeantet. Absolwent Sorbony, w młodości związany z 'Action Française’, w latach 30. współpracownik prasy paryskiej, specjalizował się w polityce zagranicznej. Był jednym z głównych udziałowców 'Je Suis Partout’, gdzie redagował kolumnę niemiecką. W czasie okupacji był redaktorem naczelnym dziennika 'Petit Parisien’. W listopadzie 1946 w procesie 'Je Suis Partout’ skazany na dożywotnie ciężkie roboty. Po warunkowym zwolnieniu w latach 50. kontynuował pracę dziennikarza.
3. Ernesto Gimenez Caballero (1899-1988) – pisarz i polityk hiszpański, jedna z centralnych postaci hiszpańskiego życia intelektualnego lat 20. i 30., redaktor awangardowej 'Gaceta Literaria’, od końca lat 20. zwolennik faszyzmu, autor m.in. ’Le nueva catolicidad’ (1933), ’Arte y Estato’ (1935), ’Genio de Espana’ (1938). Douglas W Foard pisze w książce ’The Revolt of the Aesthets. Ernesto Gimenez Caballero and the Origins of Spanish Fascism’ (New York 1989), iż Caballero zjawił się w Katyniu jako 'neutralny obserwator’ wiosną 1943 roku dodając za wspomnieniami pisarza (’Memorias de un dictador’, Barcelona 1979), że został on przewieziony samolotem z Madrytu do Smoleńska '(…) w ciągu zaledwie 24 godzin i gdy tylko zobaczył dowody przerażającej masakry (…) opuścił tak szybko, jak to było możliwe to straszne miejsce. >Nawet kilometr od dołów (wspominał Caballero), gdzie (Niemcy) ekshumowali zamordowanych Polaków, powietrze zaczynał wypełniać ciężki odór… Można go było przeżuwać. (To był) odór, który odcisnął się na mojej duszy.’ (Op. cit., s. 226) Nie udało się ustalić, w jakim piśmie Caballero drukował swoje relacje z Katynia.
4. Brasillach przebywał w niewoli niemieckiej od czerwca 1940 roku (oflag VIA) w Soest w Westfalii do 31 marca 1941 roku, kiedy to został zwolniony na prośbę rządu francuskiego.
5. Alfred Baudrillart (1859-1942) – duchowny katolicki i historyk francuski, od 1907 rektor Instytutu Katolickiego w Paryżu, od 1935 kardynał.
6. Pius XI (1857-1939) – papież od 1922 roku, autor m.in. encyklik potępiających komunizm i marksizm (Quadragesimo anno, 1931) oraz nazizm (Mit brennender Sorge, 1937).
7. Słynne lasy w okolicach Paryża.
8. François Darlan (1881-1942)-admirał, polityk. W czasie wojny francusko-niemieckiej był głównodowodzącym floty. 3 lipca 1940 flota angielska zażądała, aby dowódca stojącej w algierskim porcie Mers-el-Kebir floty francuskiej poddał jej się. Po odmowie spełnienia tego żądania Anglicy otworzyli ogień do Francuzów, niszcząc kompletnie okręty francuskie i zabijając 1300 marynarzy swego – nominalnie – sojusznika. Darlan należał w czasie okupacji do czołowych polityków rządu francuskiego (Vichy), Petain widział w nim swego następcę. Został zamordowany w Algierze w 1942 roku.
9. Legion des volontaires français contre le bolchevisme – legion ochotników francuskich przeciw bolszewizmowi, francuskie oddziały militarne walczące po stronie niemieckiej na froncie wschodnim, powstały w 1941 roku w Paryżu, na ich czele stali de Brinion i Doriot.
Virtual Vendée’s Editorial Note
Przekład i opracowanie Maciej Kubicki
Tekst cytujemy za dwumiesięcznikiem 'Arcana’ nr 26 (2/1999)
