Boska niespodzianka
Przyznaję od razu: powyższy tytuł (la Divine surprise) jest plagiatem z Karola Maurrasa, ale nie znajduję lepszego określenia dla oddania wrażenia, jakie u ludzi reakcji musi wywoływać nadspodziewany sukces przywódcy Frontu Narodowego w I turze wyborów prezydenckich we Francji.
Dla określenia medialno-ulicznej histerii, jaka zapanowała natychmiast wszędzie, pasuje natomiast jak ulał tytuł jednej z powieści Faulknera – Wściekłość i wrzask. Ale machnijmy ręką na zastrachanych pętaków dziennikarskich powtarzających w kółko swoją kłamliwą mantrę o 'rasizmie’ i 'nazizmie’, czy na wytresowanych przez masońskich 'huzarów Republiki’ w publicznej, laickiej szkole gówniarzy, którzy na czołach malują sobie czerwoną farbą, że 'wstydzą się Francji’. Gorzej, że na przykład człek inteligentny przecież i, zdawałoby się, nieźle oczytany – poseł Jan Maria Rokita też powtarza androny o rzekomym podobieństwie Le Pena do Leppera i byciu przezeń demagogiem jednego hasła: 'wypędzenia Arabów’. Mówi to o jedynym polityku we Francji, przy którym murem stoi 700 tysięcy muzułmańskich harkis, wypędzonych z Algierii za wierność Francji.
Piszę dla tych, którzy, jak poseł Rokita, nie przeczytali ani jednej linijki chociażby z wydanej w Polsce książki Le Pena Nadzieja, i którzy nie mają żadnej szansy dowiedzenia się z mediów, gdzie naprawdę przebiega zasadnicza linia demarkacyjna pomiędzy 'faszyzmem’ a 'wartościami humanistycznymi’ (nb. mało kto zdaje sobie u nas sprawę, że we Francji slogan ten jest zupełnie otwartą deklaracją zidentyfikowania się z masonerią), na które powołał się, odmawiając debaty z Le Penem, prezydent Chirac. Przełomowa symboliczność tego, co wydarzyło się 21 kwietnia polega na tym, że po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zetrą się ze sobą 5 maja, jak równa z równą, dwie Francje, a raczej Francja prawdziwa, 'Francja wieczna’ (la France éternelle) z narodzoną w rewolucji i skąpaną we krwi Anty-Francją, okupującą Królestwo św. Ludwika, z niewielkimi przerwami, od dwustu lat z okładem.
Niech nikogo nie dziwi ten cyrk, w którym pajace z najskrajniejszej lewicy wzywają do głosowania na 'konserwatywnego’ błazna z 'prawicy’, aby 'ocalić Republikę’ i jej 'wartości’ – takie jak bezbożne państwo i laicka szkoła, aborcja na życzenie i 'małżeństwo’ (z 'socjalem’) dla zboczeńców. To jedna i ta sama hołota 'czterech skonfederowanych stanów wrogów Francji’ (też określenie Maurrasa) – masonów, protestantów, Żydów i meteków, będących, jak z dumą głosili zawsze sami masoni, 'kośccem’ (ossature) Republiki – dzieli się pozornie na 'prawicę’ i 'lewicę’. To jednak tylko 'prawica’ i 'lewica’ rewolucyjnej Anty-Francji, wewnętrzne przekomarzania się szatańskiej rodzinki pomiędzy spadkobiercami 'umiarkowanych’ feliantów czy żyrondystów z radykalnymi jakobinami, hebertystami, babuwistami i ich socjal-komunistycznym miotem. Cała tajemnica tej rodzinnej kłótni znajduje wytłumaczenie w fakcie, iż republikańscy 'konserwatyści’ i demoliberałowie są posłuszni 'szkotom’ z regularnej Wielkiej Loży Narodowej Francji, a lewicowcy Wielkiemu Wschodowi Francji.
Le Pen natomiast to nie żaden 'faszysta’, ani chamski pyskacz jak nasz rodzimy Szela-bis, tylko przywódca jedynego francuskiego ruchu politycznego nawiązującego do 1500-tysiącletniej tradycji Francji katolickiej i królewskiej, Francji Chlodwiga ochrzczonej w Reims i Francji św. Ludwika – najstarszej córki Kościoła (la fille aînée de l`église), Francji Kapetyngów i św. Joanny d`Arc, Francji Burbonów i wandejskiej Armii Katolickiej. Le Pen będący, w jakiejś przynajmniej mierze, reprezentantem tej – skazanej na eksterminację – Starej Francji, nie wyrzeka się jednocześnie tego wszystkiego, co przyczyniło Francji glorii po 1789 roku, pod sztandarem trójkolorowym. W gruncie rzeczy, podjął on trzecią – po dwóch ostatecznie nieudanych: Bloku Narodowym Maurycego Barresa w 1919 roku, i po historycznym gaullizmie – próbę zasypania przepaści i złączenia obu Francji: królewskiej i republikańskiej oraz bonapartystowskiej, ale zawsze patriotycznej. W tym sensie, Le Pen jest także prawdziwym spadkobiercą de Gaulle`a i jego 'pewnej idei Francji’ – wielkiej i suwerennej, co zresztą potwierdza udział wnuka Generała we Froncie Narodowym. Dlatego, wbrew kłamcom i ignorantom, jego obóz jest bardzo zróżnicowany: są tam republikanie i monarchiści, tradycjonalistyczni katolicy i sympatycy neopogańskiej Nowej Prawicy, nacjonaliści 'klasyczni’ i socjalni oraz narodowcy liberalni.
Z punktu widzenia integralnie prawicowej reakcji, jeśli coś w Le Penie jest 'problematycznego’ to nie żaden 'ekstremizm’, tylko właśnie jego, nazbyt akomodujące się do demokracji, umiarkowanie. Jasno wyraził te wahania i obawy, nieżyjący już, znakomity renowator monarchistycznego legitymizmu – Wit Augé: 'Jak być może wielu z Was, głosuję na Front Narodowy, ponieważ sprawia on kłopot Republice, a jestem całkiem rad z zaambarasowania Republiki. Lecz nie czynię sobie złudzeń w kwestii tego, co może nam dać jakakolwiek partia. Wybieram Front Narodowy zakładając, że jest on kontrrewolucyjny, ale obawiam się, że on takim nie jest. I wiem, że jego szef nazywa się demokratą takim jak Churchill’.
Te obawy są dobrze uzasadnione, a potwierdza je odwoływanie się Le Pena do 'zasad demokracji’ czy 'wrażliwości socjalnej’ również, a nawet szczególnie w tych dniach, bo gra on przecież teraz o elektorat lewicy. Z drugiej strony, trzeba powiedzieć uczciwie, że czystość ideowa skazuje dziś kontrrewolucjonistów na uprawianie wyłącznie metapolityki. Zapewne szlachetniejsza byłaby także, droga Maurrasowi, 'metoda Monka’, czyli restauracji przez 'dyktaturę szabli’. Kłopot jednak w tym, że – jak napisał kiedyś życzliwy Le Penowi filozof i publicysta katolicki Jean Madiran – nie ma już we Francji 'pobożnych generałów’. Ostatni przegrali swoją walkę – o Algierię Francuską – czterdzieści lat temu. Jeżeli zatem naprawdę chce się zatrzymać proces pogrążania się Francji w bagnie apostazji i sodomii, to realnie nie ma dziś innej drogi, jak posłużyć się metodą na pewno obrzydliwą – ale w końcu tylko metodą – demokratycznych wyborów.
