Właściwie pytanie należałoby sformułować inaczej: dlaczego nie chcemy Jüngera, my, byli dysydenci, poputczycy, ludzie starej codzienności, przeciętni i nieprzeciętni inteligenci (’lud’ w swoim zdrowym instynkcie oczywiście o takie problemy się nie troszczy); dlaczego zatem powstaje opór, niechęć, podejrzliwość, odrzucenie?
Pytanie to dotyczy, zwłaszcza w kontekście wątłej i niezbyt głośnej, choć wystarczająco donośnej polskiej 'debaty’ na temat pisarza. Właściwie gesty adwokackie są tu niepotrzebne: większość z tego, co napisano o Jüngerze w prasie polskiej po 1980 stanowią teksty ważkie, inteligentne, sprawiedliwe, których antologia, zestawiona z wypowiedziami o Grassach, Böllach, Walserach M., Lenzach S. byłaby wydarzeniem istotniejszym intelektualnie, bo nie odnoszącym się li tylko do 'wewnętrznej’ poetyki danych autorów, czy do 'recepcji’, ale do problemów 'naprawdę’ ważkich. Chwała zatem paniom i panom Bieńkowskiej, Dybciakowi, Zagajewskiemu, Budreckiemu, Zielińskiemu, którzy znakomicie dostrzegają znaczenie autora 'Marmurowych skał’, słowa potępienia nie należą się tym, co myślą i piszą inaczej, gdyż ich niepokój, ich argumentacja, ich odrzucenie są częścią zjawiska ogólniejszego, są 'pragmatyczne’. Bo też chodzi o zjawiska ważne dla samookreślenia sylwetki duchowej tzw. inteligenta. Ten szkic nie będzie zatem prezentacją sylwetki Jüngera, gdyż scharakteryzowano ją w Polsce wielokrotnie, nie będzie też próbą jakiejś ostatecznej 'obrony’ 101-letniego dziś autora, ale raczej próbą odpowiedzi na pytanie: dlaczego Jünger?
Wojna
W centrum uwagi stać musi z konieczności problem wojny, nie tylko jako przestrzeni medialnej, oddzielonej od rzekomo bezpiecznego voyera ścianką aparatu technicznego (telewizora), ale wojny realnej, która ustanawia inną przestrzeń życia. W rzeczywistości okrutnej, a więc takiej, w jakiej żyjemy, kwestia zniszczenia człowieka, masowej likwidacji grup społecznych, narodowych, tabu niepogrzebanych ciał są wpisane we wrażliwość ogółu. Media przygotowują nas do tego losu Oglądając w telewizorze niepogrzebane ciała oglądamy siebie, patrząc na egzekucję chłodnym okiem kamery oglądamy własną śmierć i mechaniczną śmierć, jaką będziemy zadawać innym. Jesteśmy edukowani (skutecznie edukowani) do roli masowych morderców, działających z precyzją, jaką oferuje nam aparatura techniczna. Ta wojna wpisana w naszą rzeczywistość postrzegania, to okrucieństwo, które nie woła i nie krzyczy, że jest okrucieństwem, konsumowane między podwieczorkiem a kolacją, przy słonych paluszkach lub butelce piwa, wyzwala naturalnie reakcje obronne: wzrasta werbalna nieakceptacja wojny, potęgują się i mnożą ruchy pacyfistyczne, zaczynają dominować wartościowania kobiece, przygotowujące do abstrakcyjnego okrucieństwa. Biada temu, kto zerwie maskę, kto naruszy tabu, kto w sferę słowa przeniesie zaszczepione w nas wizje okrucieństwa, kto ożywi je w obrazie mentalnym. Nie wolno przywołać słowem naszej wiernej towarzyszki życia – wojny, należy zacierać ślady jej siostry – śmierci, iluzorycznie dławić przemożne działanie jej brata – ruchu. Nie wolno ujawniać własnego mordu na kulturze i na kultach: wszystko, co organiczne, ceremonialne, trwałe ma zostać cichcem zlikwidowane, przypomina bowiem o tym, co zamierza się zniwelować. Przysięga wojskowa przypomina o wojnie. Godność żołnierza przypomina o obowiązku, należy ją zatem sprowadzić do rozmiarów pseudoetosu mordercy. Kościół przypomina o Bogu, którego 'wspólnie zamordowaliśmy’. Trzeba zatrzeć ślady tej zbrodni i sprowadzić Kościół do 'rangi’ podmiotu (by nie powiedzieć przedmiotu) prawnego. Tym samym dokonują się ostatnie akty totalnej mobilizacji, przygotowania człowieka współczesnego do orgii ostatecznego samozniszczenia. Narastaniu abstrakcyjnego okrucieństwa towarzyszą cykle wykładów, deklaracje antywojenne, marsze ze świecami, 'wspólnoty’ sekciarskie głoszące nadejście 'wiecznego’ pokoju, ideologie 'humanitarne’, nagrody licznych fundacji dla 'championów’ publicystyki antywojennej, samoświadomość 'humanitarna’, no i oczywiście zniesienie kary śmierci. Oczywiście po to, by po upadku kultury i kultów orgia zniszczenia dokonywać się mogła w opróżnionej przestrzeni tym skuteczniej…
Jünger jest w swej doskonałej skończoności i rysunku fizjognomicznym bogiem wojny. Jego życie opowiada pewien 'film’, baśń współczesnego człowieka, którego podstawowym doświadczeniem musi być raptowność szoku. Młody człowiek, wypełniony rozmaitymi iluzjami (romantycznym wyobrażeniem o 'radosnym boju na kwietnej łące’) przeżywa szok mechanicznej śmierci i szok postrzegania: zauważa po pewnym czasie, że te wszystkie 'anonimowo’ wystrzelone pociski, nawała materiału, skierowane są w jeden cel: właśnie w niego. Spostrzega coś jeszcze: własne spostrzeganie, własny wzrok, przypominający w – nawale okrucieństwa chłodne oko kamery, mechanizmu rejestrującego – potworność. W tej raptowności poznania: to, co rejestrujesz z takim – chłodem, obecnym w tobie obcym okiem, jest twoją sprawą, kryje się szok. Ten szok jest ponadto nie tylko zarezerwowany dla przestrzeni wyjątkowej: przestrzeni wojny. Jest obecny w przestrzeni 'pokoju’, gdyż to cywilizacja jest źródłem szoku, gdyż to, co dzieje się w czasach pokoju i nie może zostać oddzielone od tego, co dokonuje się w czasie kulminacyjnych momentów historii człowieka, określanych mianem wojny. Innymi słowy mówiąc, Jünger już w pierwszej książce przedstawił nie tylko to, co dzieje się z człowiekiem, a więc z jego postrzeganiem rzeczywistości w czasach 'wojny’, ale ujawnił fakt znany, ale bolesny, ale stanowiący tabu: nic innego nie odbywa się w czasie 'pokoju’, i to nie w efekcie 'propagandy’, czy 'ruchów antydemokratycznych’, ale potężnego rozwoju reprodukowalnych środków technicznych, zastępowania rzeczywistości istniejącej przez rzeczywistość wirtualną; przez zacieranie śladów mordu dokonanego na Bogu: niwelację kultury i kultów.
Taki jest stan rzeczy. Taka jest groza, zakorzeniona w nowej rasie, w nowym gatunku o nazwie człowiek-maszyna, albo mówiąc językiem Jüngera 'konstrukcja organiczna’. Zakorzeniona w nas samych. Ci, którzy wychodzą z wypranymi frazesami mieszczańskimi o humanitaryzmie i w 'cyklach wykładów’ próbują przekonywać, że tak nie jest, że taka diagnoza równa się zbrodni, są barankami, korzystającymi z chwilowej przystani w ciepłym brzuchu Lewiatana, który przeżarty krwią czeka, aż nadejdzie kolejność ich strawienia. Ci właśnie tabuizują myślicieli obdarzonych ostrym spojrzeniem, wpychają ich w rozmaite kąty, nietolerowane z punktu widzenia wygodnej dla nich 'aksjologii’. Byle nie dostrzegać, byle zwodzić, byle zabić zaduch ciała zamordowanego Boga pseudokultami marszów protestacyjnych. Jasne jest zatem, że ktoś, kto szok wyżej opisany pokazuje, kto wyraźnie mówi o losie oczekującym człowieka, musi być traktowany przez nowoczesnych fetyszystów jako obiekt agresji. Musi żywić ich nienawiść do własnej substancji okrucieństwa i abstrakcyjności.
Jaka jest 'odtrutka’ na Jüngera?
Szok opisany przez Jüngera, szok będący udziałem nas wszystkich można poddać próbie niwelacji. Dzieło Jüngera jest właśnie próbą, jakże typową dla XX stulecia reakcji na ten podstawowy szok. Człowiek mu poddany stara się: uzasadnić własne okrucieństwo widzenia ideologiami (na przykład ideologią wierności cesarzowi) – tego rodzaju śmieszna próba podjęta przez Jüngera w pierwszej wersji 'Stalowych burz’ (1920) zostaje zarzucona, gdyż trup tego ojca (błazna – cesarza/cara nie dysponujących nowoczesnym okrucieństwem, które odpowiednio i z należytą bezwzględnością przez nich zastosowane odwlekłoby może o kilkadziesiąt lat rozwiązłość okrucieństwa medialnego) zatruwa tylko swoim widokiem świat. Pojawia się zatem w publicystyce politycznej Jüngera lat 20. inny konstrukt: narodu, którego organiczna całość uzasadnić ma okrucieństwo postrzegania i raptowność masowej śmierci; ale i ta możliwość zostaje zarzucona, i to bardzo szybko, bo jeszcze w ciągu lat dwudziestych – nacjonalizm nie jest celem, ale jedną z wielkości roboczych nowego ładu medialnego, jak propaganda, samochody, samoloty, domy towarowe, prasa, film. Pojawia się nowy konstrukt: wielkości wszechogarniającej, robotnika, homo faber zmierzającego do bezwzględnego władztwa, i to na skalę planetarną, nie narodową. W tym punkcie, w początkach lat 30. Jünger nie ma złudzeń: nowa rasa, 'organiczna konstrukcja’ już powstała, jej działań nie da się powstrzymać, można je tylko diagnozować, można je tylko przewidywać. Tę myśl najpełniej wyrazi w traktacie 'Robotnik’ (1932), jednej z najnowocześniejszych ocen naszej współczesności. Cel ten realizują z powodzeniem zarówno formy radykalne (rewolucja bolszewicka, narodowy socjalizm), jak i nowoczesne demokracje. Siły aktywne, jak i reaktywne (mówiąc językiem Nietzschego) mają jeden cel: wykształcenie 'robotnika’. Skąd zatem ten silny afekt nienawiści Jüngera (odnotujmy to z podziwem: trwający do dziś!) właśnie do form mieszczańskich? Właściwie Jünger powinien był z podziwem spoglądać na nowoczesność form zachodniej demokracji, jakie realizowane były w atmosferze radykalnego przyspieszenia technicznego Republiki Weimarskiej. Skąd ta fundamentalna nieufność do rozstrzygnięć większościowych, kultów republikańskich, etosu ludzkości, skoro w gruncie rzeczy chodzi tu o nową rasę, o władztwo planetarne? Skoro metody działania i środki techniczne pozostają w gruncie rzeczy takie same?(1). Skoro wojny toczone przez demokracje parlamentarne nie są bynajmniej mniej okrutne i mniej abstrakcyjne, niż wojny toczone przez państwa rządzone dyktatorsko? Skoro demokracja parlamentarna nie różni się w gruncie rzeczy od demokracji plebiscytarnej? Zanim odpowiem na to pytanie jedna uwaga w odniesieniu do afektu, z jakim rzecznicy demokracji większościowej zwalczają Jüngera wskazując na obecność u niego postaw antydemokratycznych: autor ten ujawnił właśnie, że kwestia okrucieństwa abstrakcyjnego, redukcji człowieka do 'materiału’ nie jest tylko przywilejem 'dyktatur’, ale wynika koniecznie ze sposobu, w jaki maszyna zrasta się z człowiekiem. Innymi słowy: Jünger odkrywa janusowe oblicze demokracji i jako demaskator jej oblicza musi zostać zadenuncjowany. Na przykład jako ten, który prostował ścieżki wodzowi.
Wódz
W tym momencie dotykamy punktu zasadniczego, który decyduje o tożsamości wszystkich intelektualistów, czerpiących energię działania z obecności wodza i ścierwa wodza. Po tym jak zamordowaliśmy Boga, jak wypędziliśmy cesarzy i królów pojawia się wódz jako los, konieczność i wielki wzorzec. Wódz tak potrzebny społecznościom pozbawionym ojców, zdominowanym przez feministyczny fraternalizm wielkich matek pożerających swe dzieci (to się nazywa również, choć nie tylko, aborcją). Wódz tak potrzebny własnemu sumieniu, własnej chęci podległości, własnej niesamodzielności, własnemu kolektywizmowi. To nie szkodzi, że wodza zabito (lub że zabił się sam), jego wielki cień istnieje w pracach poświęconych nie tylko jego osobie lub czasom, ale także hodowli pszczół, podpaskom higienicznym, wydobyciu węgla. Wódz to daje i stwarza szansę: można w nim skoncentrować wszelkie 'zło’, zwłaszcza własne i jako świadek sprawiedliwości pomaszerować na kolejną manifestację pokojową lub do kolejnej komisji zdeprawowanego parlamentu. Ale wódz przyciąga, niepokoi, słodko wabi słabego i marzącego o potędze klerka, obiecuje mu cząstkę swej władzy, obiecuje mu fragment rządu dusz, iluzoryczną restytucję ojcostwa (oczywiście w kobiecych łaszkach homoseksualisty): tak, ten wódz jest potrzebny, jeszcze go nie wypluliśmy z siebie, pojawia się w rozmaitych obliczach: jak nie z wąsikiem, to z sumiastym wąsem, jest właściwie na pół zakazany, na pół tabuizowany: tego z wąsikiem można wygrać przeciwko temu z wąsem. Krótko: jest potrzebny. Ta potrzeba wodza rzutuje na potrzebę podległości współczesnego klerka, który zamiast robić swoją robotę, rości sobie prawo do 'rządu dusz’. Do kształtowania jednego z najradykalniejszych narzędzi mordu: opinii publicznej . Co byłoby z naszymi prorokami, gdyby nie wodzowie?Gdyby nie można było ich kastrować lub stawiać na piedestał każdego dnia? Czymże jesteśmy bez trupa naszych ojców? Jakimże horrorem może być autor, któremu wódz nie jest potrzebny? Który zachęca go wręcz do tego, by się nie włączać, utożsamiać, ocierać o siebie, tworzyć 'wspólnot’, urabiać 'opinii’, piec własnych pieczeni na kolektywnym ogniu? Jak sądzę opinia publiczna nie może wybaczyć Jüngerowi jego manewrów i zdolności za które dostał medal Pour le merite w czasie pierwszej wojny: umiejętności odwrotu i samodzielnego trwania na straconej pozycji, bez wodzów, pałkarzy, puzonistów. Cóż za horror nie chcieć wodza. Cóż za horror nie bawić się jego ścierwem. Cóż za horror, ów 'elitaryzm’, ów arystokratyzm. Cóż za horror być człowiekiem, który wobec mordu dokonywanego na całych narodach, wstrząśnięty jest najbardziej zbrodnią katyńską – nie dlatego, ze zabito tam bezbronnych, że zabito Polaków,ale że zamordowano tam jego kolegów oficerów. Cóż jednocześnie za zazdrość naszych współczesnych klerów-ideologów: tak blisko był wodza mógł zrobić prawdziwą karierę, rządzić duszami, ba, nawet wódz go otaczał podziwem, a on nie chciał. Jak nie chciał po wojnie profilować się grzebaniem w jego rozkładającym się do dziś ścierwie. A mógł, odmieniając na przykład termin 'opór’ na wszystkie sposoby. To jest ten, co ignoruje wodza. Niedopuszczalne. Zamiast pławić się w blasku wodza lub w chwale jego trupa pisał książki wyrażające arystokratyczną pogardę wobec motłochu, z którego wódz czerpie do dziś swe żywotne siły. To wieje grozą. Cóż zatem można w takich warunkach zrobić: skoro nie da się autora zignorować, to należy włączyć go w cielesność wodza, należy uczynić go jego częścią, ba, nawet jego namiestnikiem (zastępującym go w feministycznym ojcostwie), na którym opinia publiczna może demonstrować swe sztuczki własnego urabiania profilu i podległości innemu wodzowi (temu z sumiastym wąsem). Po to również Jünger jest potrzebny wszystkim apostołom powszechnego mniemania, opinii publicznej , demokratycznego konsensusu, itp.
Podsumujmy zatem: Jünger jest znienawidzony przez różnorakich 'poszukiwaczy profilu’ za obnażenie reguł gry współczesnego świata, a także i przede wszystkim za to, że nie chce w nich uczestniczyć. Powiedzieć dyktatorowi w oczy, kim jest, to drobiazg w porównaniu z obnażeniem bezmiaru abstrakcyjnego okrucieństwa, jakie skrywa się za stekiem frazesów urabianym przez demokracje parlamentarne. Tego się nie wybacza. To jest zdrada gorsza niż mord (przestępcy można wszak odebrać godność czyniąc go przypadkiem klinicznym), niż zdrada ojczyzny (nic to wobec 'umiędzynarodowienia’ kontaktów) czy zdrada stanu (wszak i tak wejdziemy do Europy, a NATO nas niewątpliwie obroni). Tego, co zrobił Jünger po prostu robić nie wolno: nie można mówić głośno o tym, co warte są frazesy humanitarne i 'nadbudowa’ ideologiczna tzw. demokracji. Na tym polega właściwa 'zdrada klerka’ – nie na oddaniu się jakimś tam dyktaturom. Tego właśnie oddania, o zgrozo, ani w twórczości, ani tym bardziej, w męskiej, jasnej, przepojonej żołnierską cnotą postawie Jüngera nie było.
Kultura i kult
Po co zatem te namiętności? Dlaczego autor ten staje wciąż w centrum jakichś dyskusji, obsypywany stekiem coraz to bardziej absurdalnych, by nie rzec, ujawniających w pełni demokratyczny folklor (2), zarzutów? Nie chodzi tu wszak o zarzuty, ich rodzaj, treść , ale o chęć zademonstrowania 'oporu’. Wszak prawdziwy klerk godny swego powołania, musi się opierać. Musi nawet opór organizować. Musi walić głową w ścianę nawet gdy ściany już nie ma. A Jünger jako część ciała wodza, znakomicie się nadaj do tego, by tworzyć tą ścianę in absentia, tę płaszczyznę ataku. Dlatego 'dyskusje’, 'zarzuty’ pojawiać się muszą. Bo to o nie wszak chodzi. Dlatego sprzedajni 'demokraci’ muszą rzucać się na 'faszystę’, żeby przekonać wszystkich, iż w okresie, gdy wódz panował, zachowywaliby się podobnie, dając tym samym w swym koniunkturalizmie dowód, że lizaliby buty satrapy, jak teraz je konformistycznie liżą większościowej 'opinii publicznej’. Bardzo to typowy dla współczesnej RFN kontekst; coraz to bardziej uaktualniający się w Polsce. Można by nawet postawić złośliwe pytanie, czy przypadkiem bez tych 'dyskusji’ i tych 'odporów’ o Jüngerze ktoś by jeszcze pamiętał? Ktoś nim się interesował? I tu jest właśnie punkt chyba najbardziej bolesny, najbardziej dotkliwy. Gdyby ta część wodza, jaką stanowi w oczach klerków Jünger, była czymś nieistotnym, była tylko dźwignią o własnego profilu, wówczas dawno by o nim zapomniano, jak zapomniano o wielu autorach jego generacji, równie interesujących i ciekawych (E. G. Winkler, W. Helwig, G. Nebel). Skoro ów autor wzbudza takie emocje, taką agresję słowną, takie 'dyskusje’, wówczas sądzić można bardzo dużym prawdopodobieństwem, że 'coś’ w nim jest, coś, co sięga nieco głębiej i wybiega nieco bardziej do przodu niż nasza kanibalistyczna epoka, niż ponury wiek XX, jedno z najnieszczęśliwszych, najczarniejszych, najciemniejszych stuleci w historii rodzaju ludzkiego.
Ten, który poznał bezdnię Malstromu, spostrzegł, iż ratunek przypada w udziale bratu zachowującemu zupełny spokój w centryfugalnym i odśrodkowym ruchu. Jünger zatem trwa dążąc nie do peryferii ruchu, gdzie jest ona najszybsza, ale do jego centrum, magicznego punktu kontemplacji, gdzie panuje zupełny spokój. Trwając przeciwstawia się już swoim trwaniem i istnieniem wszystkiemu, co pędzi: jest jak skała, która rozdziela spieniony nurt biegu ku przepaści. To trwanie sprowadza się do kwestii elementarnych, do paru nieskomplikowanych cnót, które ruch niweluje, gdyż go hamują. Podstawowym elementem tego hamowania jest wiara w ład rzeczy, w istotność planu, w rzeczywistość transcendentną, może nie wypełnioną osobą Boską, ale daną jako wzór ustalającego ład doskonalszy od tego, który może kiedykolwiek stać się naszym udziałem. Coraz doskonalsze nasze narzędzia, oświecenie nicujące substancję sensu (3) stwarzają nam szansę: odzyskania ponownej naiwności (Kleist), ponownej wiary w sens naszego bytu, gdyż pozwalają dotrzeć do sfer, z których ruch bierze swój początek. Owo niewyraźne, ale jednak promieniujące światło 'zza muru czasu’ stwarza człowiekowi szansę: 'odsysania czasu’, kontemplacji, pokory wobec porządków, jakie stwarza słowo i natura. To są dwie wielkie sfery ucieczki 'do przodu’, przed ostatnią podróżą ku innym brzegom, ku światom leżącym 'za Hesperydami’, ku wielkości umierania i śmierci. Ważny jest tu gest gwarantujący wolność, prosty gest wyzyskiwany bezczelnie przez pęczniejące dziś i posługujące się najrozmaitszym instrumentarium sekty, gest kontemplacji świata i wejrzenia w samego siebie. Kulty mają ten gest przywoływać. Kulty zapomniane, a jednak proste. Kult, zwłaszcza zmarłych, jest przeciwieństwem katowni, gdzie nakłada się ofiarom stryczek na szyję. W tym kulcie biją źródła kultury.
Kolejnym elementem trwania jest władza. Ona reprezentuje ład, ona ma obowiązek chronić jednostkę. Ona jest najistotniejszym 'prawem człowieka’. Nie może posługiwać się uzurpacją, aneksją kultu (jak Hitler, zawłaszczył ofiary I wojny światowej, a Stalin II), musi go chronić.
Władza jako podstawowa jakość ze sfery teologicznej może jako jedyna okiełznać i usensownić bieg spienionego nurtu. Zasadzać się musi na kulcie i kulturze. To jest wielki temat 'Marmurowych skał’ (1939).
Kolejnym elementem trwania jest wolność: nie wolność naplucia komuś w twarz przy użyciu rozpasanej 'opinii publicznej’, albo poklepoklepywania po ramieniu lub gangsterskiego decydowania o cudzym losie w imieniu własnych interesów (pod nazwą wolnych wyborów), ale wolność pozostawiająca jednostce nienaruszoną przestrzeń jej pracy i ładu.
To są trzy centra spokoju, ruchu, który zmierza ku środkowi, kontemplacji i przywracania tego, co człowiek wiedział, ale co zostało mu odebrane.
Czyż nie są to elementy, których współczesne ideologie tolerować nie mogą? Ba, nie są nawet w stanie otumanione zabijaniem (na razie na ekranie telewizora), napychaniem kobzy, publicznymi obelgami? Tu mamy odpowiedź: 'recepty’ Jüngera nie są czymś nowym, są czymś bardzo starym, są czymś oczywistym i znanym. Sformułowane jednak nie tylko przez obserwatora, ale i uczestnika niszczącego ruchu Malstromu dają nam szansę restytucji prawdziwego (nie deklarowanego) humanum w tym pędzie, jakiemu sami podlegamy.
Dostarczają nam modelu zachowania się w niebezpieczeństwie.
Horror obecności
Pojawia się zatem dziwne i wyjątkowe w kulturze XX stulecia zjawisko autora, który swą rewelacyjność czerpie z trwania, dzięki któremu ci, co go opluwają, mogą w ogóle istnieć. Cóż by istniało bez przestrzeni spokoju? Cóż by było, gdyby nie ci, co jak mnisi tybetańscy siedzą w cichości, gromadząc skarb cnoty spożywany przez rozpasanie społeczeństw 'dobrobytu’? Czym byłby świat bez anonimowej śmierci, bez anonimowej modlitwy, bez anonimowej ofiary? Bez anonimowej pracy? Czym bez tych, którzy swym dziełem (ważkim, niestety, o zgrozo i bólu, o rozkoszy ciągłego zabijania, ważkim literacko) o tym przypominają? W którym miejscu byłby klerk poruszający się w luksusowych samolotach z kongresu na kongres?
Czyż nie jest on pasożytem tej substancji, która utrzymuje centryfugalny świat w ryzach? Gest pożerania wdowiego grosza, konsumpcji tych, co najbiedniejsi, zjadania cierpiących nędzę znany jest do znużenia z utopii społecznych XIX i XX wieku. Gest zapominania, czyim kosztem mędrek może mędrkować. Skoro jednak ktoś prowokuje do zatrzymania się w biegu, do spojrzenia w siebie, tego należy zabić. Albo utrzymywać przy życiu dla ciągłego dokonywania egzekucji i mordowania własnego sumienia. Ten horror obecności Jüngera trwa. Oby jak najdłużej.
PRZYPISY:
(1) Tu uwaga dla wszystkich 'badaczy faszyzmu’: niech poczytają sobie relacje o uroczystościach 10-lecia konstytucji weimarskiej we wrocławskiej hali stulecia, a później o przemarszach SA w tejże samej hali. Hitler nie musiał niczego wymyślać. Jak nie musiał wymyślać sieci autostrad, systemu bankowego, metod organizacji armii, sposobów organizacji kultu politycznego. Dziś podejmuje się dyskusje na temat tzw. 'nowoczesności’ narodowego socjalizmu. Wynikają one z wieloletniego czynienia tabu z prostego faktu: Hitler był nowoczesny nowoczesnością współczesnych państw demokratycznych, które wszak wymyśliły i praktykowały tak sympatyczne zjawiska jak obozy koncentracyjne, wypędzanie narodów itp. Stąd Jünger, pojawiający się jak 'diabeł z pudełka’, oferujący nazistom 'najnowocześniejsze’ rozwiązania jest po prostu wytworem fantazji niektórych komentatorów. Te rozwiązania już były, istniały. Jünger niczego nie proponuje, tylko konstatuje fakty, które są naszym udziałem hic et nunc.(2) Ostatnio 'Odra’ 1/1996 zamieściła taką osobliwość, gdzie pewien monachijski publicysta zarzuca autorowi, że fałszuje własne (!) teksty, nie biorąc ich do wydania zbiorowego (chodzi o publicystykę z lat 20.). A zwłaszcza, że w roku 1937 dokonuje daleko idących przeróbek (nie dodając, że polegają one głównie na usunięciu fragmentów zbyt nacjonalistycznych, by naziści ich propagandowo nie wykorzystali) – ale: wszak już wówczas przygotowywał się do świetlanych rządów demokracji w Niemczech po 1945 r. Albo że swoją sławę we Francji zawdzięcza jakoby przyjaźni z Mitterandem. Brudne pomówienie godzące zarówno w zmarłego Prezydenta (który w czasie wojny współpracował z rządem Vichy), jak i w pisarza. Trzeba go (jednego i drugiego) 'opiniotwórczo’ pomniejszyć. Pomijam zupełnie zarzuty antysemityzmu, gdyż jest to sprawa z pogranicza prawa karnego.
(3) Niech nikt nie stawia bzdurnych zarzutów, że denuncjuję tu 'Oświecenie’, czyniąc je winnym za Oświęcim czy Kołymę. Oświecenie musi istnieć i działa dalej, opieranie się jemu jest absurdem i samobójstwem. Musi być jednak okiełznane przez moce, które stoją poza nim, z których bierze swój początek.
