Konserwatyzm wobec europejskich rozliczeń z przeszłością (część 2)
Antykomunizm jako forma antidotum?
W ten sposób wracamy do antykomunizmu, i to rozumianego inaczej niż 'antykomunizm konstruktywny’ Mirosława Dzielskiego (będący konkretnym programem budowy państwa odwracającego założenia systemu demokracji ludowych), a pojmowanego raczej jako emocja, uczucie, sentyment. Być może właśnie taki emocjonalny antykomunizm – z demonstracjami, rocznicowymi zjazdami, płomiennymi przemówieniami – okaże się udaną próbą wykreowania przeciwwagi dla równie irracjonalnej odmiany 'antyfaszyzmu’, która aktualnie skutecznie pogrąża myśl reakcyjną w oczach masowego odbiorcy.
Daleki jestem od wzywania do budowy dosłownej kalki lewicowego antyfaszyzmu, z całym jego prymitywizmem, zakłamaniem, wulgarnymi uproszczeniami, nieumiejętnością przebaczenia, faryzejską etyką, nonszalancją wobec faktów i brakiem poszanowania dla zasad praworządności. Słusznie głosił Józef hr. de Maistre: kontrrewolucja nie jest rewolucją o przeciwnym zwrocie – ona jest dokładną odwrotnością rewolucji! Zamiast sprowadzać nasz antykomunizm do poziomu delikatnych niczym muskający potylicę pałasz filipik Michnika, Maca i Małachowskiego, winniśmy go rektyfikować, sublimować i destylować; kierować przeciw idei, a nie ludziom, jak to bowiem pouczał św. Paweł mieszkańców Efezu, walkę toczymy nie przeciw ciału i krwi, lecz pierwiastkom duchowym Zła na Wyżynach Niebieskich. Ale zarazem tylko konsekwentna retoryka antykomunistyczna, bez względu na niebezpieczeństwa jakie ze sobą niesie, może posłużyć do wyrównania szal. Oczywiście dużo przyjemniej byłoby się przenieść na jedną z wysp na archipelagu Utopia, gdzie zamiast walczyć na slogany można wymierzać sprawiedliwość, a o przeszłości można prowadzić debatę która jednocześnie będzie i ogólnospołeczna i merytoryczna. Wyspa ta jednak z całą pewnością nie leży u wybrzeży Europy.
Lewica próbować będzie sztuki odwrotnej. Metafizyczną pustkę jaka powstała po tym, gdy człowiek naszych czasów przestał wierzyć w diabła i piekło, będzie się starała zapełnić różnymi 'faszystami’, 'integrystami’, 'prawicowymi radykałami’, 'fundamentalistami’ podczas gdy odpowiedzialność moralną za komunizm utopi w morzu misternych rozróżnień i zastrzeżeń. Komunistom będzie się starała nadać głęboko ludzki rys, jednocześnie próby uczłowieczenia faszystów traktując z całą surowością inkwizytora wypatrującego niebezpiecznej herezji.
Ten proces jest już w toku. W kwietniu roku 2000 'Magazyn’, czwartkowy dodatek 'Gazety Wyborczej’, zaczął publikować serię artykułów o Bolesławie Bierucie. Trochę tam ironii, sporo odsłaniania mechanizmów w oparciu o jakie budowano komunistyczną propagandę. Ale w gruncie rzeczy Piotr Lipiński gloryfikuje postać tego najwybitniejszego polskiego praktyka walki z faszyzmem. Jednym z głównych materiałów źródłowym do poznania biografii Bieruta uczynił książkę jego syna, Jana Chylińskiego 'Bolesław Bierut. Jaki był?’. Z artykułu Lipińskiego dowiadujemy się m. in. że towarzysz Bierut miał dobrotliwie uśmiechniętą twarz i ciepłe spojrzenie. Składając przysięgę prezydencką w 1947 r. dodał 'tak mi dopomóż Bóg’. W młodości chciał być księdzem, tyle, że kapitalistyczni wyzyskiwacze uniemożliwili mu realizację marzeń. Dlatego rzucił się w wir walki społecznej, zawsze myśląc o innych i nie dbając o siebie. Znamienny tytuł artykułu brzmi 'Bolesław niejasny’.
Abstrahując od problemu czy prawda historyczna była taka jak przedstawia Lipiński, proponuję pewien eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że 'Nasz Dziennik’ umieszcza w utrzymany w podobnym tonie artykuł o wzmiankowanym już prezydencie Słowacji z czasów sojuszu z III Rzeszą, ks. Józefie Tiso. Suponujmy, że autor sugerowałby jakoby ks. Tiso realizował politykę przetrwania i cichego sprzeciwiania się hitleryzmowi, a zamiast jednoznacznie obrzydliwego nazisty, przedstawił go jako 'Józefa niejasnego’. Jaka byłaby reakcja 'Wyborczej’?
Tak się składa, że nie musimy sobie tego wyobrażać. Artykuł tej treści ukazał się kilka lat temu, w jednym z pierwszych numerów 'Naszego Dziennika’. Odpowiadając na łamach 'Wyborczej’ głos w tej sprawie zabrał Aleksander Kaczorowski, późniejszy redaktor naczelny 'Gazety Środkowoeuropejskiej’, pryncypialnie krytykując tekst. Widać Tiso z Bierutem równać się nie może. Ale dlaczego? Czyżby tego drugiego usprawiedliwiał fakt, że dał popalić Narodowym Siłom Zbrojnym? Czy w ogóle za tą różnicą kryje się jakiś spójny system obiektywnych zasad moralnych, czy tylko zwyczajny instynkt stadny i obrona 'swoich’? 'Salus revolutiae suprema lex’ – takie hasło, wypowiedziane Kali-łaciną, miał rzucić w 1903 r. Plechanow i wydaje się, że wśród bojowników o postęp i demokrację obowiązuje ono do dziś.
Dwa dni po inauguracji cyklu publikacji o Bierucie 'Wyborcza’ opublikowała manifest Artura Domosławskiego pt. 'Rewolucja jest wieczna’. Dowiedziałem się z niego, że 'Fidel Castro to gigant. Przy dzisiejszych przeciętnikach w polityce jest jak gotycka katedra obok przydrożnych kapliczek (…) to najbardziej liryczny Caudillo, jakiego wydała Ameryka Łacińska. Teatralny, dumny, szalony, niezmordowany. Patriarcha, demiurg, marzyciel’. Domosławski stawia tezę, że jest to uczciwy socjalista, którego w ręce Moskwy pchnął imperializm Stanów Zjednoczonych. Lecz i wtedy umiał zachować godność krytykując radziecką biurokrację oraz wyzysk krajów satelickich. Autor broni Castro przed zarzutami czerpania korzyści z narkobiznesu i zdradzenia Che Guevary, gdy ten walczył w Boliwii.
Ciekaw jestem jak by Domosławski zareagował, gdyby jakieś pismo prawicowe opublikowało podobny artykuł o Andrzeju Własowie, Leonie Degrelle, Kornelim Codreanu, Franciszku Yockey’u, Vidkunie Quislingu, Erneście Gimenezie Caballero. Lista tych ludzi – niewątpliwie wybitnych, czasami nawet żarliwych chrześcijan, a mimo to orędowników faszyzmu – jest bardzo długa. A przecież miejsce dla prawdziwego nonkonformisty czasów współczesnych to właśnie obrona tych wszystkich szlachetnych ludzi, którzy mieli nieszczęście zainwestować swoje nadzieje na odbudowę świata ładu, harmonii i zasad moralnych w jakąś formę mezaliansu z faszyzmem, takich jak Knut Hamsun, Carl Schmitt czy Ezra Pound, albo tych wszystkich, którzy niesłusznie są o faszystowskie inklinacje posądzani, jak Józef Mackiewicz, Thomas Eliot czy Mircea Eliade. Bo niby czemu przez jedną nietrafną decyzję mamy przekreślać dorobek całego ich życia, podczas gdy wypominanie tego samego np. Wisławie Szymborskiej ściąga na autora wypominek ostracyzm intelektualny? To nie złość z powodu, że 'oni’ mogą w 'nas’ rzucać błotem, a 'my’ w 'nich’ nie, raczej tęsknota ku temu byśmy wszyscy umieli przebaczać i prosić o przebaczenie.
Umiemy zrozumieć ludzi którzy z nieostrożności wdepnęli w stalinizm, ale czyż w opisie losów splecionych z nazizmem również nie warto by było wyjść poza toporne symplifikacje? Skoro w Polsce wolno otwarcie bronić walczących pod symbolem sierpa i młota kościuszkowców, to czemu nie opisać epopei ćwierci miliona Kozaków oraz tysięcy żołnierzy Rosyjskiej Armii Wyzwolenia gen. Andrzeja Własowa, którzy wpięli sobie w mundury swastyki by bronić zachodniej Rosji przed powrotem komunizmu? Cóż decyduje o tym, że w przypadku komunizmu mamy wolność wypowiedzi i poszukiwań naukowych, a odnośnie faszyzmu i nazizmu musimy używać zrytualizowanych formuł, podporządkowując fakty uprzednio spisanym konkluzjom?
Virtual Vendée’s Editorial Note
Artykuł został opublikowany w piśmie 'Sprawy Polityczne’ nr 3 (9)/2001, a następnie w przeglądzie narodowo-radykalnym 'Szczerbiec’.
